ďťż
[Historia] Oni budowali Katowice



Bruno_Taut - Czw Sie 25, 2005 10:10 am
Tytuł wątku brzmi jak nagłówek z "Trybuny Robotniczej":).

Zacznę od twórcy planu centrum Katowic.

Heinrich Moritz August Nottebohm, wykształcony w Berlinie inspektor budowlany, architekt Wincklerów. Układ ulic i placów zaprojektował na zlecenie Friedricha Wilhelma Grundmanna. Kierował też budową neogotyckiej rezydencji Huberta von Tiele-Winckler w Miechowicach, zaprojektowanej prze Richarda Lucae. Nadzorował budowę katowickiego kościoła ewangelickiego. Jako pierwszy architekt miejski Katowic wystąpił w roli konsultanta przy budowie kościoła mariackiego.

Zainteresowanym polecam artykuł: I. Kozina, Heinrich Moritz August Nottebohm - pierwszy architekt Katowic, [w:] Katowice w 136. rocznicę uzyskania praw miejskich, red. A. Barciak, Katowice 2002, s. 217-221.




Hoover - Pią Wrz 09, 2005 2:36 pm
Bez nich miasto wyglądałoby inaczej

140-letnią historię miasta Katowice tworzyli wspólnie m.in. Niemcy, Polacy i Żydzi. Bez wielu z nich stolica Górnego Śląska wyglądałaby zupełnie inaczej, inni rozsławili ją na cały świat.

Ponadstuletnia historia Katowic to życie kilku pokoleń. Niełatwo wśród nich wybrać tych, którzy najbardziej przyczynili się do rozwoju miasta, i tych, którym jesteśmy winni największą wdzięczność.

Grundmann Friedrich Wilhelm (1804-1887). Od 1839 r. mieszkał w katowickich dobrach Thiele-Wincklerów i był zarządcą ich majątku. Razem ze swoim zięciem Richardem Holtzem zabiegał o nadanie Katowicom praw miejskich i budowę linii kolejowej, dzięki której przyszłe miasto rozwijałoby się szybciej. Grundmann był jednym ze współzałożycieli gminy ewangelickiej w Katowicach, pierwszego na Śląsku towarzystwa gimnastycznego i ochotniczej straży pożarnej. Został pochowany na nieistniejącym już cmentarzu ewangelickim przy dzisiejszej ul. Damrota.

Franz Winckler (1803-1851) ukończył słynną szkołę górniczą w Tarnowskich Górach. Związał się z Franciszkiem Aresinem, bogatym przemysłowcem, właścicielem m.in. podbytomskiej wsi Miechowice. Po jego śmierci ożenił się z jego żoną Marią. Przejęty majątek szybko pomnażał. Na liście dóbr Wincklerów obok hut i kopalń znalazła się również wieś Katowice. Rodzina Wincklerów kupiła ją w 1839 roku. Ponieważ Katowice znajdowały się w centrum jego włości, Winckler postanowił właśnie tu przenieść zarząd swoich przedsięwzięć. Wcześniej zarządzał nimi z Mysłowic. Równocześnie postanowił przemienić wieś w nowoczesne miasto. Zadanie to powierzył Grundmannowi, którego później wspierał dr Richard Holtze.

W Katowicach Wincklerowie mieli nawet swój zameczek. Tak bowiem potocznie nazywano okazałą willę, która stała w miejscu dzisiejszego pomnika Powstańców Śląskich. W parku przy zameczku rodzina ustawiła obelisk poświęcony jego pamięci. Dziś o dawnym właścicielu Katowic przypominają jedynie parkowe drzewa.

Richard Holtze (1824-1891) urodził się w Bełku koło Rybnika. Po studiach medycznych we Wrocławiu przyjechał do Katowic. Tu poznał Bertę Grundmann, z którą ożenił się w 1854 roku. Ze swoim teściem Friedrichem Grundmannem stworzyli niezwykły duet, który marzył o wielkich i nowoczesnych Katowicach. Po 11 latach ich starań Katowice otrzymały prawa miejskie. Holtze miał swój udział w powołaniu m.in. pierwszego katowickiego gimnazjum, Towarzystwa Gimnastycznego i Związku Przemysłowego. Z tego czasu pochodzą kościół ewangelicki, łaźnia miejska, kościół Mariacki, a także nieistniejąca już synagoga. Na nagrobku Holtzego wyryto napis po polsku i niemiecku: "Swemu założycielowi i największemu mieszkańcowi (...) wdzięczne miasto Katowice". Uczczono go też popiersiem, które stało przed łaźnią. Holtze był również autorem pierwszej historii Katowic.

John Baildon (1773-1846) pochodził ze Szkocji, ale większość życia spędził na Śląsku. W 1804 roku Baildon postawił hutę cynku w Wełnowcu. W budowę zainwestował własne pieniądze. Wybudował pierwszą w Dębie hutę i walcownię. Gdyby nie Baildon, na Śląsku nie rozwinęłoby się hutnictwo żelaza. To dzięki niemu na Śląsku po raz pierwszy w całej kontynentalnej Europie wytopiono surówkę na koksie. Pochowano go na cmentarzu hutniczym w Gliwicach.

Leopold Markiefka (1813-1882) przez wiele lat był proboszczem parafii w Bogucicach. Do dziś wszyscy mieszkańcy dzielnicy mówią o nim z szacunkiem.

W 1871 r. sprowadził do Bogucic zakon bonifratrów. Przekazał im 26 mórg ziemi pod klasztor i szpital, który istnieje tu do dziś. Szpital, który powstał dzięki proboszczowi, zaczął działać trzy lata później. Leczono tu chorych wszystkich wyznań. Przez całe życie starał się pomagać parafianom. Pod koniec lat 50. XIX w. założył w Bogucicach sierociniec dla dzieci, których rodzice zmarli w epidemii cholery. Proboszcz przekazał na jego budowę i wyposażenie kolosalną na owe czasy sumę 2500 talarów. W swoim testamencie proboszcz napisał, że jego oszczędności mają trafić do ubogich mieszkańców Bogucic, Załęża i Dąbrówki Małej. Chciał, by pomoc otrzymali m.in. "stolarz" i "samotna Elizabeth" z Bogucic.

Maria Goeppert-Mayer (1906-1972). Jedyna katowiczanka, która otrzymała Nagrodę Nobla. Urodziła się w Katowicach w 1906 roku i mieszkała tu tylko trzy lata. Jej ojciec prowadził w mieście praktykę lekarską. Szkoły kończyła w Getyndze, gdzie jej rodzina przeniosła się w 1909 roku. Studiowała nauki przyrodnicze, a później matematykę. W 1930 roku wyszła za mąż za amerykańskiego fizyka Josepha Mayera i wyjechała z nim do USA. Prawdziwym przełomem w jej życiu było rozpoczęcie badań zmierzających do zbudowania bomby atomowej. Jej zespół najpierw zajmował się oddzielaniem rozszczepialnych izotopów uranu, później zaś Goeppert-Mayer dołączyła do załogi słynnego laboratorium w Los Alamos. Po wojnie dalej zajmowała się fizyką jądrową, a później teorią pochodzenia pierwiastków. W 1963 roku przyznano jej Nagrodę Nobla za odkrycie struktury powłokowej atomów. Zmarła w 1971 roku w San Diego.

Tadeusz Michejda (1895-1955). Legionista i powstaniec śląski, wielbiciel poezji Staffa i przyjaciel Witkacego, a przede wszystkim wspaniały architekt. W ciągu 15 lat Michejda wybudował na polskim Śląsku ponad 50 budynków. Wśród nich port lotniczy w Muchowcu, wieżowiec, kilkanaście willi i kilka ratuszy. Wraz z wieloma innymi osobami pracował również nad projektem gmachu Urzędu Wojewódzkiego. Jednym z najciekawszych obiektów, który powstał w pracowni Michejdy, jest budynek dawnego Syndykatu Polskich Hut Żelaznych, który mieści się tuż obok Urzędu Wojewódzkiego. Powstał w 1930 roku i stoi tutaj do dziś.

Andrzej Mielęcki (1864-1920) do Katowic przyjechał w 1899 roku. Prowadził tutaj prywatną praktykę lekarską. W 1919 r. został radnym i przewodniczącym frakcji polskiej katowickiej Rady Miejskiej. Zamordowali go Niemcy 17 sierpnia 1920 roku.

Tragedia wydarzyła się przy ul. Warszawskiej, pod domem, w którym mieszkał i gdzie przyjmował pacjentów. Na ulicach miasta toczyła się w tym dniu prawdziwa bitwa, gdy niemieccy bojówkarze zaczęli strzelać do Polaków i pilnujących porządku francuskich żołnierzy. Sprowokowani Francuzi użyli broni. Wtedy doktor Mielęcki ruszył na ratunek rannym. Kiedy opatrywał leżącego na bruku Niemca, z tłumu wybiegła jakaś kobieta i krzyknęła: "Ja widziałam. On pierwszy strzelał do nas. Zabijcie go!". I cięła doktora siekierą w głowę. Rozjuszony tłum rzucił się na leżącego i zaczął go bić pałkami i deskami z płotu. Wrzucony do Rawy trzymał się kamieni na skarpie, ale tłukli go po rękach, aż przestał się bronić. Potem karetka zabrała jego zmasakrowane ciało do kostnicy.
[hr]
Najbardziej ujęła mnie tragedia Mielęckiego. Takiego opisu zdarzenia jeszcze nie widziałem. Powiem więcej: taki opis powinien trafić na jego popiersie/pomnik.



Bruno_Taut - Pią Wrz 09, 2005 4:35 pm
Ten opis opiera się na rewelacji 1 (słownie jednej) osoby i intuicja podopowiada mi, że ma tyle wspólnego z rzeczywistością, co opis obrony wieży spadochronowej w książce Gołby.
Prawde mówiąc Mielęcki w tym towarzystwie nie bardzo pasuje. Bez niego miasto wygladałoby zapewne dokładnie tak samo. Podobnie czcigodna noblistka. Owszem, to potencjalnie świetna wizytówka miasta, ale dotąd niewykorzystana. Sądzę, że miejsce w gronie zasłużonych dla Katowic bardziej należy sie jej ojcu, który był miejskim lekarzem zaangażowanym w zwalczanie epidemii zapalenia opon mózgowych wśród dzieci na Górnym Śląsku. Podobno opracował jakieś nowe metody w tym zakresie i dlatego powołano go do Getyngi.
Inna osoba, bez której Katowice wyglądałyby zupełnie inaczej to urbanista Nottebohm.



Bruno_Taut - Śro Wrz 21, 2005 6:52 am
Richard Lucae, architekt kościoła ewangelickiego w Katowicach.

http://www.archinform.net/arch/3467.htm ... QSX2zRGBcl
http://lexikon.donx.de/?action=details& ... nzeige=pkv

Tu jego opera we Franfurcie:

http://germany.archiseek.com/hesse/fran ... a_lge.html




Bruno_Taut - Nie Paź 02, 2005 6:19 pm
Byłbym zapomniał o moim imienniku .

Bruno Taut, autor kolonii na Załęskiej Hałdzie. Jeden z bardziej znaczących architektów pierwszej połowy XX wieku. Parę linków:

http://www.archinform.net/arch/162.htm? ... kXFwyieKzL

http://www.vitruvio.ch/arc/masters/taut.php

http://swiki.hfbk-hamburg.de:8888/Lebensreform/124



Tequila - Pon Paź 10, 2005 8:37 pm
W Katowicach nadal nie ma ulicy Grundmanna

pj 10-10-2005 , ostatnia aktualizacja 10-10-2005 21:23

Friedrich W. Grundmann, jeden z założycieli Katowic, miał mieć od poniedziałku swoją ulicę. Ulica jest, ale oficjalnie wciąż nie można ją nazywać Grundmanna.

Grundmann od 1839 r. mieszkał w Katowicach i był zarządcą dóbr Thiele-Wincklerów. Jego marzeniem było, by Katowice uzyskały prawa miejskie, co się zresztą stało 140 lat temu. Po śmierci został pochowany na cmentarzu ewangelickim w Katowicach, który dziś już nie istnieje.

Przez lata o Grundmannie niemal nikt nie chciał pamiętać. Dopiero w zeszłym roku radni nadali nowej drodze łączącej Gliwicką i Chorzowską jego imię. W przyszłości dwupasmówka ma być przedłużona do okolic dworca PKP. Droga nie nosi jednak oficjalnie jego imienia, bo z powodu prawnych zawirowań radni musieli... uchylić swoją uchwałę w tej sprawie.

Wczoraj mieli ponownie nadać drodze imię, ale nic z tego nie wyszło, choć już od dawna wiszą tabliczki z nazwiskiem Grundmanna. - Zgodnie z nowymi przepisami magistrat musi najpierw zapytać o zgodę Polskie Koleje Państwowe, które są właścicielem części terenu w tym miejscu - wyjaśnia Jerzy Forajter, przewodniczący Rady Miasta.

PKP już dziś zapowiada, że przeciw Grundmannowi protestować nie będzie. - Nie widzimy żadnego powodu, by ulica nie nosiła jego imienia - mówi Michał Wrzosek, rzecznik prasowy PKP SA.



Wit - Pią Wrz 15, 2006 9:25 pm


Bez baronów nie byłoby Katowic
Jacek Madeja2006-09-15, ostatnia aktualizacja 2006-09-15 20:51

Po raz pierwszy, po 61 latach, na Śląsk przyjeżdżają potomkowie Franza Wincklera, założyciela rodu Tiele-Winckler. W niedzielę przybędzie "pan na Katowicach, Miechowicach i Mosznej"

Baron Claus-Peter von Tiele-Winckler wraz z żoną przybył wczoraj do Katowic popołudniowym ekspresem z Berlina. - To moja pierwsza wizyta nie tylko w Katowicach, ale i w Polsce - nie ukrywał wzruszenia, wysiadając z pociągu. - Najbardziej cieszę się, że wreszcie po latach będę mógł zobaczyć pałac w Mosznej, gdzie jako dziecko mieszkałem do piątego roku życia.

W 1945 r. rodzina Tiele-Winckler musiała uciekać do Niemiec. Po wojnie baron był menedżerem w firmie armatorskiej, która zajmowała się ruchem statków przez Kanał Kiloński. - Część z nich to polskie statki i to chyba jedyny kontakt z waszym krajem - żartuje Claus-Peter von Tiele-Winckler, dziś już stateczny emeryt.

Baron jest w czwartej linii bezpośrednim potomkiem Franza Wincklera, jednego z założycieli Katowic. - Winckler był typowym ucieleśnieniem amerykańskiego snu - od pucybuta do milionera, choć w realiach śląskich raczej od górnika do magnata przemysłowego - opisuje jego karierę dr Arkadiusz Kuzio-Podrucki, historyk, biograf rodu Tiele-Winckler.

Syn ubogiego niemieckiego chłopa na Górny Śląsk przywędrował za chlebem. Tutaj rozpoczął pracę jako sztychmistrz w kopalni Ferdynand. Równocześnie uczył się na sztygara w elitarnej szkole górniczej w Tarnowskich Górach. Winckler szybko dorobił się niemałej fortuny nie tylko dzięki własnej przedsiębiorczości, ale także przez korzystne małżeństwo z bogatą wdową. W ciągu kilku następnych lat był już właścicielem dóbr rycerskich Miechowice, miasta Mysłowice, 13 kopalń węgla (w następnych 49 był udziałowcem), 15 kopalń galmanu, 7 hut żelaza i 6 cynku. W 1839 r. za sumę 84 tys. talarów kupił wieś Katowice, gdzie przeniósł zarząd swoich dóbr.

Na jego czele postawił przyjaciela ze szkolnej ławy Friedricha Wilhelma Grundmanna. Ten razem ze swoim zięciem Richardem Holtze skutecznie zabiegał o nadanie miastu praw miejskich i budowę linii kolejowej. - Katowice powstały dzięki wizji i współpracy całej trójki. Gdyby nie oni, być może stolica regionu dziś byłaby w Bytomiu, Mysłowicach czy Rudzie Śląskiej, a Katowice byłby tylko dzielnicą innego miasta - mówi dr Piotr Greiner z Uniwersytetu Śląskiego.

Kolejni przedstawiciele rodu (po małżeństwie córki Wincklera z porucznikiem Hubertem von Tiele) Tiele-Wincklerów aż do 1945 r. byli związani z Górnym Śląskiem. Ufundowali katedrę ewangelicką (najstarszą murowaną świątynię w mieście, nazywaną tak przez wiernych, ponieważ administruje nią biskup) i katolicki kościół Mariacki. Przekazali także ziemię pod budowę katowickiej katedry Chrystusa Króla. Pod koniec XIX w. swoje rodzinne gniazdo z zamku w Miechowicach przenieśli do pałacu w Mosznej, który przebudowali w imponującą rezydencję o 365 pokojach i 99 wieżach.

Przedstawiciele jednego z najznamienitszych katowickich rodów przyjechali na zaproszenie biskupa diecezji katowickiej Kościoła ewangelicko-augsburskiego ks. Tadeusza Szurmana. Jutro wezmą udział w uroczystościach związanych ze 150. rocznicą położenia kamienia węgielnego pod budowę ewangelickiej katedry w Katowicach. - To jeden z najznamienitszych rodów w mieście. Szkoda, że jedynymi pamiątkami po nich są herby na witrażach w naszej katedrze - mówi bp Szurman.

W niedzielę wieczorem do Pyrzowic przyleci senior rodu hrabia Hubert von Tiele-Winckler, brat Clausa-Petera. To właśnie on odziedziczył oficjalny tytuł "pan na Katowicach, Miechowicach i Mosznej".

W czasie pobytu arystokraci spotkają się z prezydentem Katowic. Wezmą także udział w promocji książki dr. Kuzio-Podruckiego "Tiele-Wincklerowie, magnaci węgla i stali". Wizyta potrwa do wtorku.


Biskup Tadeusz Szurman wita małżonków von Tiele-Winckler na katowickim dworcu
Fot. Maciej Jarzębiński /AG



maciek - Sob Wrz 16, 2006 1:50 pm
Jakoś bez echa przeszła ta wiadomość. Nawet na naszym forum. To dziwne, bo przecież to bardzo interesująca wizyta.



Wit - Sob Wrz 16, 2006 2:51 pm
Cóż...widać niechętnie w Katowicach mówi się o niemieckich korzeniach naszego miasta. Holtze ma maleńkie popiersie na budynku starej łaźni, Grundmann ulicę swojego imienia....a "dziadek" miasta Franz Winckler został chyba zapomniany



Mies - Pon Wrz 18, 2006 11:14 am

Byłbym zapomniał o moim imienniku .

Bruno Taut, autor kolonii na Załęskiej Hałdzie.


Jest coś o tej kolonii Tauta w ostatniej książce dr Koziny?



Wit - Pon Wrz 18, 2006 10:58 pm


Tiele-Wincklerowie na Śląsku
Katarzyna Piotrowiak
2006-09-18, ostatnia aktualizacja 2006-09-18 21:37

Hrabia Hubert von Tiele-Winckler wybrał się w poniedziałek w podróż sentymentalną po dawnych włościach rodowych. Znalazł biurko dziadka, sekretne miejsca z dzieciństwa, zobaczył też dziury po kulach, jakie Sowieci zostawili w postumencie założyciela rodu.

Wizyta nestora rodu, tytułowanego "panem na Katowicach, Miechowicach i Mosznej", trwała 24 godziny. - Mam ważne terminy - mówił, pytany dlaczego tak krótko. Udało mu się jednak sporo zobaczyć. Przed południem zjawił się w zamku w Mosznej na Opolszczyźnie (obecnie Centrum Terapii Nerwic). Opowiadał, że tutaj spędził szczęśliwe dzieciństwo. Witał się z każdym pracownikiem, który pojawił się w jego pobliżu, wyglądał przez okna, dotykał mebli, naciskał na każdą klamkę, po raz pierwszy... zobaczył zamkową kuchnię. Kiedy odnalazł biurko dziadka, nie zajął jego krzesła, tylko usiadł w pobliżu.

Jego młodszy brat baron Claus-Peter dokumentował wizytę aparatem fotograficznym. - Więcej nas łączy, niż dzieli - powtarzał hrabia słowa księdza Tadeusza Szurmana, biskupa diecezji katowickiej Kościoła ewangelicko-augsburskiego. Zapamiętał je z listu zapraszającego go do Polski w 150. rocznicę położenia kamienia węgielnego pod budowę ewangelickiej katedry w Katowicach. Przyznał, że te słowa go urzekły, dlatego postanowił przyjechać. - Ten rok zaznaczę jako jeden z najważniejszych w kalendarzu swojego życia - dodał.

Na Śląsku nie było go 61 lat, dobrze jednak zapamiętał miejsca z dzieciństwa. Przechadzając się główną aleją, z lekko pochyloną głową i rękami założonymi do tyłu, odkrył znaną mu dziuplę z nietoperzami. Opowiadał o wycieczkach kajakami, zbiorniku na wodę schowanym w wielkiej wieży i nieistniejącej już łaźni.

Przy pomniku swojego imiennika, Huberta von Tiele-Wincklera, założyciela rodu, zauważył dwie dziury po sowieckich kulach. Zmartwił się, że z postumentu zniknęła figura. - To się stało w latach 50. Nikt jednak nie wie, w jakich okolicznościach został usunięty i gdzie się podział - tłumaczył Teodor Wilk, przewodnik.

Kilka godzin spędził w Bytomiu Miechowicach, gdzie z posiadłości rodowej pozostały zaledwie ruiny. Był również w domku matki Ewy, która w XIX wieku założyła zgromadzenie pomagające ubogim, starcom i dzieciom. Jego filie tworzyła na całym świecie. - Głównie w Chinach i Indiach. Wszystkie sama wizytowała - mówiła siostra Marta.

Wieczorem hrabia odleciał do Niemiec. Kim jest? Czym się zajmuje? Niewiele o sobie mówi. - Pracowałem u armatora, tak jak mój brat. Zajmowałem się rozładunkiem statków na nabrzeżach portowych - tłumaczył.

Powiedział, że z wizyty jest zadowolony i smutny. - Smutny, bo to, co widziałem, było piękne. Znowu byłem w domu i muszę go opuścić - mówił.

Hrabia Hubert i baron Claus-Peter to czwarte pokolenie potomków Franza Wincklera, sztygara, a później przedsiębiorcy górniczego, który dzięki ożenkowi w 1839 roku z bogatą wdową Marią Aresin-Domes z Miechowic został właścicielem rozległych dóbr i majętności. Był jednym z założycieli Katowic, które kupił za 84 tys. talarów. To on z małej wioski przekształcił je w miasto.


Hubert von Tiele-Winckler odwiedził w poniedziałek m.on. zamek w Mosznej, gdzie spędził dzieciństwo
Fot. Marcin Tomalka / AG
.........................................................................................................
eh....aż się łza w oku kręci.....to tak jak ja bym za 60 lat Bytków zwiedzał



DivinaCommedia - Wto Wrz 19, 2006 10:04 am
Tez chciałabym spędzić dzieciństwo na zamku.



jacek_t83 - Wto Wrz 19, 2006 10:35 am

Tez chciałabym spędzić dzieciństwo na zamku.
e tam, ja dziedzinstwo spedzilem na podworko na klopsztandze i nie narzekam



Mies - Wto Wrz 19, 2006 12:44 pm

Tez chciałabym spędzić dzieciństwo na zamku.

Jak czytam takie artykuły to doprawdy łzy mi ciekną po policzkach ze wzruszenia. To wszystko jest takie romantyczne.
Nie bierzesz tylko pod uwagę jednej drobnostki związanej z tym skąd Wincklerowie brali środki na utrzymanie takich pałaców jak Moszna i innych dóbr.
Pewnie temu dziaduniowi i jego przodkom było super za dawnych lat, szczególnie jak zasuwały dla nich tysiące górników za marne grosze.



DivinaCommedia - Wto Wrz 19, 2006 8:45 pm
Nie wątpię. I dlatego nie rozumiem dlaczego mielibyśmy się zachwycać ich przybyciem na nasze ziemie. bo mniemam, ze jest to spowodowane chęcią odzyskania dawnych posiadłosci, a nie tylko sentymentem. Jednak nie zmienia to faktu, ze chcialabym być królewna



Bruno_Taut - Wto Wrz 19, 2006 9:06 pm

Jak czytam takie artykuły to doprawdy łzy mi ciekną po policzkach ze wzruszenia. To wszystko jest takie romantyczne.
Nie bierzesz tylko pod uwagę jednej drobnostki związanej z tym skąd Wincklerowie brali środki na utrzymanie takich pałaców jak Moszna i innych dóbr.
Pewnie temu dziaduniowi i jego przodkom było super za dawnych lat, szczególnie jak zasuwały dla nich tysiące górników za marne grosze.


Wybacz, ale to socjalistyczne bredzenie. Ci górnicy byli elitą wśród robotników, a robotnik dzięki takim "wyzyskiwaczom" oddalił od siebie i swojej rodziny widmo głodu, który jeszcze w XIX w. dziesiątkował ludność wiejską.
Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby Tiele-Wincklerowie i inni odzyskali swe dawne włości. Wreszcie miałyby one gospodarza.



Kris - Wto Wrz 19, 2006 9:21 pm
http://miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,3630268.html



Pożegnanie Tiele-Wincklerów w Urzędzie Miasta

kapi 2006-09-19, ostatnia aktualizacja 2006-09-19 21:29

Przed powrotem do Niemiec Tiele-Wincklerowie ujawnili, że obawiali się wizyty na Śląsku. - Wrócimy tu znowu, żeby pokazać wszystko dzieciom i wnukom - mówiła ze łzami w oczach Fryderyka, małżonka barona Clausa-Petera von Tiele-Wincklera

Rodzina Tiele-Wincklerów, potomków Franza Wincklera, jednego z założycieli Katowic, przebywała na Śląsku od piątku. Uczestniczyła w 150. rocznicy położenia kamienia węgielnego pod budowę ewangelickiej katedry w Katowicach, zwiedziła dawne dobra rodowe w Mosznej i Miechowicach, wczoraj obejrzała zbiory Muzeum Historii Katowic i spotkała się w Urzędzie Miasta z prezydentem Piotrem Uszokiem. - Nie można budować przyszłości bez przeszłości - mówił Uszok.

Tiele-Wincklerowie z wizyty byli zadowoleni, chociaż przyznali, że obawiali się, jak zostaną przyjęci. - Mieliśmy bardzo mało wyobrażeń o tym, jak wygląda Górny Śląsk. To był też strach przed tym, co może nas spotkać w Katowicach. Ale cieszymy się, że przyjechaliśmy, już teraz jesteśmy spokojni. Wrócimy tutaj - mówiła baronowa Fryderyka na pożegnalnym spotkaniu.

=============
A ja się ciesze, że na Górnym Śląsku gościła rodzina Tiele-Winckler.
(przyjechali, zobaczyli, powrócą, a może kiedyś w coś zainwestują???)
Z art. wynika, że także nie mieli pełnych informacji nt. Górnego Śląska.
To także dobry sposób promowania naszego regionu.
Rok temu gościła (m.in. w Bytomiu )rodzina von Donnersmarck i chciałbym żeby zajęli się tym miastem, choć wiem że to jest nierealne.



Wit - Wto Wrz 19, 2006 9:39 pm
Mam nadzięję, że kontakty naszych miast z potomkami ich budowniczych będą jeszcze szersze i liczniejsze.
Ciekawe, czy Baildon, Reden, Hohenlohe czy Gieshe mają jakiś żyjących potomków



Mies - Wto Wrz 19, 2006 10:40 pm

Wybacz, ale to socjalistyczne bredzenie. Ci górnicy byli elitą wśród robotników, a robotnik dzięki takim "wyzyskiwaczom" oddalił od siebie i swojej rodziny widmo głodu, który jeszcze w XIX w. dziesiątkował ludność wiejską.
Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby Tiele-Wincklerowie i inni odzyskali swe dawne włości. Wreszcie miałyby one gospodarza.


Wybacz ale pewnie jeszcze zaraz się okaże, że może nadaję z Korei Północnej. Ludność wiejską zdzisiątkowała przede wszystkim zaraza ziemniaczana w latach 1846-48 gdy zmarło ponad 50 tyś. osób i jakikolwiek przemysł nie miał tu nic do rzeczy. Co więcej jego rozwój nie zapobiegł temu, że po tzw. zimie brukwiowej 1916/1917 rodziny tej "elity" tysiącami umierały z niedożywienia (a zima 1917/18 miała być jeszcze gorsza). Potem na początku lat 30. też nie było różowo gdy co trzeci zawodowo czynny Ślązak nie miał pracy. Nie zawsze więc było tak wspaniale jak się niektórym wydaje.



absinth - Wto Wrz 19, 2006 10:40 pm

Nie bierzesz tylko pod uwagę jednej drobnostki związanej z tym skąd Wincklerowie brali środki na utrzymanie takich pałaców jak Moszna i innych dóbr.
Pewnie temu dziaduniowi i jego przodkom było super za dawnych lat, szczególnie jak zasuwały dla nich tysiące górników za marne grosze.


nie no bez przesady

poziom zycia z pewnoscia byl wyzszy u nas niz w tych regionach gdzie nie bylo przemyslu wiec darowalbym sobie takie teksty o "wyzysku czlowieka przez czlowieka"



Mies - Wto Wrz 19, 2006 10:48 pm
Pisałem przede wszystkim o landszaftowym artykuliku o dobrym księciu z bajki, więc prosze mi nie dorabiać jakiejś lewicowej gęby. A ten wyższy poziom życia to miał byc taki żeby robotnicy mogli dłużej zasuwać. Jak zmarli, to ich rodziny z tych cudownych familoków wywalano. Słyszałeś o wdowich budach na Borsigu?



Bruno_Taut - Śro Wrz 20, 2006 6:51 am

Wybacz ale pewnie jeszcze zaraz się okaże, że może nadaję z Korei Północnej. Ludność wiejską zdzisiątkowała przede wszystkim zaraza ziemniaczana w latach 1846-48 gdy zmarło ponad 50 tyś. osób i jakikolwiek przemysł nie miał tu nic do rzeczy. Co więcej jego rozwój nie zapobiegł temu, że po tzw. zimie brukwiowej 1916/1917 rodziny tej "elity" tysiącami umierały z niedożywienia (a zima 1917/18 miała być jeszcze gorsza). Potem na początku lat 30. też nie było różowo gdy co trzeci zawodowo czynny Ślązak nie miał pracy. Nie zawsze więc było tak wspaniale jak się niektórym wydaje.

Zaraza ziemniaczana była przyczyną głodu, a głód przyczyną chorób. Przypomnę, że lata 1916-1918 to okres I wojny światowej. W czasie wojny z reguły pojawia się głód, więc żaden to argument.
Wielki przemysł, który tworzyli tacy ludzie jak Winckler, oznaczał ogromny postęp i wzrost jakości życia. Polecam powszechnie dostępne wspomnienia Klausmanna, a dla uzupełnienia obrazu relacje z podróży Johanna Gottlieba Schummela na Górny Śląsk w roku 1794.
Gadania o tym, jak to robotnicy robili na przedsiębiorcę jest niepoważne. Zgodnie z tą logiką dziś tysiące wyzyskiwanych robi na Billa Gatesa.



Mies - Śro Wrz 20, 2006 7:22 am
Czy gdzies napisałem, że nie było rozwoju i wzrostu jakości życia? Czy napisałem gdzieś nieprawdę, w tym że Wincklerowie wspominają dawne czasy z rozrzewnieniem, bo było im super gdy zasuwali na nich robotnicy? Relacje Schummela znam i nie wystawia ona najlepszego świadectwa ówczesnym zarządcom tej ziemi. Bohater artykułu ma związki ze Śląskiem co najmniej słabe, mieszkał tu krótko, nic nie wiadomo by coś dla niego nie zrobił, a i to czym sie zajmuje też jest zagadką. Jedyną jego "zasługą" jest to, że mieszkali tu jego przodkowie, więc zdawanie z jego wizyty takich relacji prasowych jest po prostu śmieszne. Tak samo śmieszne jak głosowanie w wyborach na dzieci sławnych tatusiów, dziadków i inne tego typu dzikie zwyczaje. Zabawnie by było gdyby się okazało, że to była kolejna inscenizacja "Rewizora" gdy wszelakie władze korzą się przed kompletnie nieznanym sobie osobnikiem.



Bruno_Taut - Śro Wrz 20, 2006 7:28 am
Relacja schummel apochodzi sprzed okresu wielkiej industrializacji i powoałem się na nią, by unaocznic skalę zmian, jakie dokonały sie za sprawą wielkiego przemysłu.
Moje uwagi nie dotyczyły tej cześci Twojej wypowiedzi, w której odnosisz się do obecnych Tiele-Wincklerów, ale tej, w której piszesz o ich przodkach.



Mies - Śro Wrz 20, 2006 7:34 am
Owszem, w Nowej Hucie też zapewne dokonywały się wielkie zmiany w poziomie życia chłopów. Ciekawe czy będą tam kiedyś witać tak wnuków ówczesnych stalinistów. To tak przy okazji skali zmian dokonywanych za sprawą wielkiego przemysłu.



Bruno_Taut - Śro Wrz 20, 2006 7:41 am
Tak? Jak wielkie? Ile wzrosła średnia długość życia?



Mies - Śro Wrz 20, 2006 7:47 am
Tak się rozpijali, że pewnie nawet się skróciła (zresztą skąd my to znamy jeśli chodzi o XIX wieczny Śląsk). Jeśli za jakość życia masz na myśli jego długość, to jak porównywać epoki sprzed i po wynalezieniu antybiotyków i nawozów sztucznych?



Bruno_Taut - Śro Wrz 20, 2006 11:50 am
Porównujemy zmiany w stosunkowo krótkim okresie. Industrializacja w XIX w. przyniosła zmiany bardzo głębokie, industrializacja w Polsce po 1945 zdecydowanie mniejsze. Po 1945 r. wieś zaczęła, jeśli chodzi o jakość życia, zmniejszać dystans do miast. Zwłaszcza okres gierkowski przyniósł jej modernizację.



Mies - Śro Wrz 20, 2006 12:39 pm
Jeżeli chodzi o zmiany społeczne to nie sądzę by dało się porównać wynik tych industrializacji. Nie ma materiału badawczego do porównania z obecnie żyjącym, często dopiero 2. pokoleniem ludzi wychowywanych w nowym środowisku. Inne aspekty jak edukacja, wyżywienie i służba zdrowia też trudno porównywać. Można robić porównania badając np wzrost poborowych (Austriacy i Rosjanie takie robili), ale np % śmiertelności noworodków lub długość życia do porównania odpada, bo jest to nieprzekładalne z powodu rozwoju medycyny.



Bruno_Taut - Śro Wrz 20, 2006 3:31 pm
Który to rozwój medycyny był konsekwencją gospodarki kapitalistycznej i rozwoju przemysłu.

PS. Ani antybiotyków, ani nawozów sztucznych nie wynaleziono w XIX w.



Mies - Śro Wrz 20, 2006 3:55 pm
I chwała za to gospodarce kapitalistycznej, jeżeli to jej zasługa.
Mies: Jeśli za jakość życia masz na myśli jego długość, to jak porównywać epoki sprzed i po wynalezieniu antybiotyków i nawozów sztucznych



babaloo - Śro Wrz 20, 2006 6:59 pm
quote="Mies"] Bohater artykułu ma związki ze Śląskiem co najmniej słabe, mieszkał tu krótko, nic nie wiadomo by coś dla niego nie zrobił, a i to czym sie zajmuje też jest zagadką. Jedyną jego "zasługą" jest to, że mieszkali tu jego przodkowie, więc zdawanie z jego wizyty takich relacji prasowych jest po prostu śmieszne. [/quote]

Prawda jest taka, że kiedy Wincklerów z ich ziemi i domów wyrzucano, pozbawiając ich zakładów, które były ich własnością, to były to zakłady na ówczesnym światowym poziomie. Od tego czasu w większą część ich majatku nic nie zainwestowano i doprowadzono go do kompletnej ruiny.

Nie dziw się, że wizyta spadkobiercy Wncklerów wywołuje zainterseowanie. Wyobraź sobie, że jesteś właścicielem sporego kawałka ziemi, kilku sporych fabryk i pałaców które zostają Ci odebrane. Gdyby po kilkudziesięciu latach twój spadkobierca przyjechał zobaczyć co z tego zostało, to też wzbudziłby zainteresowanie. Taka czysta ciekawość. Co on na to?



Bruno_Taut - Śro Wrz 20, 2006 9:38 pm

I chwała za to gospodarce kapitalistycznej, jeżeli to jej zasługa.
Mies: Jeśli za jakość życia masz na myśli jego długość, to jak porównywać epoki sprzed i po wynalezieniu antybiotyków i nawozów sztucznych

Ktoś twierdzi, że wynaleziono w XIX ?



Mies - Czw Wrz 21, 2006 6:38 am
W latach 50. XX wieku różnica w poziomie życia miedzy galicyjskim chłopem a mieszkańcem Nowej Huty też była duża.



Bruno_Taut - Czw Wrz 21, 2006 9:40 am

W latach 50. XX wieku różnica w poziomie życia miedzy galicyjskim chłopem a mieszkańcem Nowej Huty też była duża.

Nie sądzę, by byla porównywalna z tą, o której pisałem.



Mies - Czw Wrz 21, 2006 10:29 am
Polecam niedawno opublikowane pamiętniki Sławoja Składkowskiego (zresztą dziadka Kieślowskiego), który był co prawda kompletnym idiotą ale za to lubił opisywać galicyjską wieś i na tym tle rozwijać różne fantazyjne projekty. Nie przypuszczam by wieś podkrakowska zaraz po 1945 r. specjalnie różniła się od wsi na Górnym Śląsku w poł. XIX wieku. Dlatego ten przeskok mógł być nawet większy.



Bruno_Taut - Czw Wrz 21, 2006 12:32 pm
Bo mieli spłukiwane toalety w blokach? Zapytałem nie bez przyczyny o długość życia.



Mies - Czw Wrz 21, 2006 12:37 pm
A ja odpowiedziałem, że nie da się tego porównać z XIX wiekiem, ze względu na róznice w rozwoju medycyny.



Bruno_Taut - Czw Wrz 21, 2006 12:44 pm
Nie rozumiem. Pomijam juz oczywistą kwestię, że rozwój medycyny wynikał z rozwoju kapitalistycznej gospodarki i przemysłu. Dlaczego nie można porównać wzrostu przeciętnej długości życia w XIX i w XX w.?



Mies - Czw Wrz 21, 2006 12:52 pm
Dlatego, że umieralność na wsi w poł. XX wieku była niższa niż w XIX wieku, ze względu na wynalezienie szczepionek i antybiotyków.



Bruno_Taut - Czw Wrz 21, 2006 12:59 pm
W mieście też. Nie jest zatem tak, że nie można uchwycić dobrodziejstw urbanizacji i industrializacji w XIX w. i w drugiej połowie XX w. analizując średnią długość życia.

I jest jeszcze inny aspekt - czyje środki inwestowali Winckler i Tiele Wincklerowie, a czyje twórcy Nowej Huty?



Mies - Czw Wrz 21, 2006 1:08 pm
Uważam, że nie można bo różnica między długością życia pomiędzy wsią i miastem w XX wieku, dzięki rozwojowi medycyny była mniejsza niż między wsią i miastem w wieku XIX wieku.

Czy źródło środków na te inwestycje było takie odmienne? Wincklerowie to byli parweniusze, więc tych pieniędzy nie dostali w spadku jak Schaffgotschowie.



Bruno_Taut - Czw Wrz 21, 2006 1:33 pm
Czyli potwierdzasz, że dziewiętnastowieczny "kapitalistyczny wyzysk" przyniósł zasadniczo większe zmiany w poziomie życia zjadacza chleba niż socjalistyczna modernizacja po 1945 roku i w dodatku spowodował ogromny postęp w medycynie, z którego później korzystano także w państwach socjalistycznych? Chwała zatem "kapitalistycznym wyzyskiwaczom".

Sugerujesz, że Winckler i Tiele-Wincklerowie inwestowali pieniądze podatnika?



Mies - Czw Wrz 21, 2006 2:17 pm
Raz piszesz o poziomie życia, a raz długości życia - jak Ci wygodnie.
W XIX wieku poziom życia robotnika zwiększył się znacznie w stosunku do poziomu życia chłopa, jednak w wyniku rozwoju cywilizacyjnego jaki miał miejsce w XX wieku, poziom życia robotnika (np z Nowej Huty) zwiększył się jeszcze bardziej w stosunku do życia chłopa (np. z galicyjskiej wsi), którego poziom życia nie uległ specjalnej zmianie. Natomiast co do długości życia w XIX wieku, to jego różnica pomiędzy życiem robotnika i chłopa była większa niż w XX wieku, gdy nastąpił dynamiczny rozwój medycyny, gdy szczepienia były dostępne już na tej przysłowiowej galicyjskiej wsi. Z tego też względu trudno tutaj porównywać XIX wiek z XX.

Natomiast czy np. Alexander Fleming i Ludwig Pasteur dokonali swoich odkryć dzięki, jak to piszesz "kapitalistycznemu wyzyskowi", trudno mi ocenić.

Co do podatników to jak zwał tak zwał. Niewielka różnica w nomenklaturze.



jacek_t83 - Czw Wrz 21, 2006 3:35 pm
A Jurek nie traci czasu, ino juz naszkryflol brief do prezydenta Uszoka:

Katowice, dnia 18 września 2006

Szanowny Pan
Piotr Uszok
Prezydent Miasta Katowice

Szanowny Panie Prezydencie,

wizyta na Górnym Śląsku Huberta i Clausa-Petera von Tiele-Winckler to znakomita
okazja, by przypomnieć o roli, jaką przodkowie szanownych gości odegrali w
powstaniu i rozwoju Katowic. Wiele śladów działalności rodu zostało bezpowrotnie
wymazanych z krajobrazu miasta. W przypadku innych zatarciu uległa pamięć o ich
związku z rodziną górnośląskich przedsiębiorców. W trosce o przywrócenie
zbiorowej świadomości katowiczan tego ważnego rozdziału lokalnej i regionalnej
historii proponujemy nadanie odcinkowi ulicy Stawowej między ulicami Skargi i
Mickiewicza nazwy Plac Tiele-Wincklerów. Przestrzeń ta nosiła niegdyś taką
nazwę, w naszej propozycji chodzi zatem o powrót do historycznych korzeni
miasta. Realizacja naszego wniosku nie wiązałaby się przy tym z większymi
kosztami, nie powodowałaby bowiem konieczności zmiany adresów.

Z poważaniem

Jerzy Gorzelik – Przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska
Antoni Plewnia – Przewodniczący RAŚ – Koło Katowice

=======
dej znac co ci prezes odpisze



Wit - Czw Wrz 21, 2006 4:01 pm
Bardzo podoba mi się ta propozycja



Bruno_Taut - Czw Wrz 21, 2006 5:34 pm

Raz piszesz o poziomie życia, a raz długości życia - jak Ci wygodnie.
W XIX wieku poziom życia robotnika zwiększył się znacznie w stosunku do poziomu życia chłopa, jednak w wyniku rozwoju cywilizacyjnego jaki miał miejsce w XX wieku, poziom życia robotnika (np z Nowej Huty) zwiększył się jeszcze bardziej w stosunku do życia chłopa (np. z galicyjskiej wsi), którego poziom życia nie uległ specjalnej zmianie. Natomiast co do długości życia w XIX wieku, to jego różnica pomiędzy życiem robotnika i chłopa była większa niż w XX wieku, gdy nastąpił dynamiczny rozwój medycyny, gdy szczepienia były dostępne już na tej przysłowiowej galicyjskiej wsi. Z tego też względu trudno tutaj porównywać XIX wiek z XX.

Natomiast czy np. Alexander Fleming i Ludwig Pasteur dokonali swoich odkryć dzięki, jak to piszesz "kapitalistycznemu wyzyskowi", trudno mi ocenić.

Co do podatników to jak zwał tak zwał. Niewielka różnica w nomenklaturze.


Długość życia i poziom życia z reguły są ze sobą ściśle związane. Oczywiście, można wskazać na indywidualne przypadki takich co to sobie używali i żyli krótko, ale intensywnie. Statystycznie jednak wygląda to inaczej. Długość życia zależy przecież od sposobu odżywiania, higieny, opieki medycznej i szeregu innych czynników, które stanowią też o poziomie życia.
Bezprecedensowy rozwój badań naukowych, przemysłu farmaceutyczneo i medycyny nastąpił w czasach "wilczego kapitalizmu". Temu trudno zaprzeczyć.
Wciąż nie wiem czyje pieniądze inwestowali w Twoim przekonaniu Winckler i Tiele-Wincklerowie.



Mies - Czw Wrz 21, 2006 6:11 pm
Są związane, ale jak już opisywałem trudno je porównywać akurat w tych dwóch epokach, gdy doszło do tak dynamicznego rozwoju we wszystkich dziedzinach. Zresztą chodziło o mające miejsce różnice w awansie z tego tytułu, który to awans był różny ze względu na odmienność epok. Pomimo że dotyczyło to tego samego zjawiska gwałtownego przekroczenia bariery pomiędzy światem powiedzmy "postfeudalnym" a nowoczesnym.

Jak to czyje pieniądze? Jak najbardziej swoje. A czyje pieniądze inwestował PRL? Chcesz napisać, że to były zrabowane pieniądze ciemiężonego ludu pracującego miast i wsi?



absinth - Czw Wrz 21, 2006 6:18 pm
tak szczerze powiedziawszy to ja nie wiem o czym dyskusja ta sie toczy

Dla mnie nie ulega watpliwosci ze Katowicewielezawdzieczaja takim ludziom jak Tiele-Winckler, Giesche, Hohenlohe

wiec ja nie wiem za bardzo o co Tobie Mies chodzi bo chyba nie o deprecjonowanie tego co dzieki nim tu powstalo



Bruno_Taut - Czw Wrz 21, 2006 6:18 pm

Są związane, ale jak już opisywałem trudno je porównywać akurat w tych dwóch epokach, gdy doszło do tak dynamicznego rozwoju we wszystkich dziedzinach. Zresztą chodziło o mające miejsce różnice w awansie z tego tytułu, który to awans był różny ze względu na odmienność epok. Pomimo że dotyczyło to tego samego zjawiska gwałtownego przekroczenia bariery pomiędzy światem powiedzmy "postfeudalnym" a nowoczesnym.

Jak to czyje pieniądze? Jak najbardziej swoje. A czyje pieniądze inwestował PRL? Chcesz napisać, że to były zrabowane pieniądze ciemiężonego ludu pracującego miast i wsi?


Państwo ma jakieś SWOJE pieniądze? Opowiedz coś o tym.



Mies - Pią Wrz 22, 2006 6:55 am
A gdzie jest napisane, że nie są to pieniądze państwa? Widziałeś kiedyś jak wygląda budżet? Ja nie dostrzegłem by była mowa, że uwzględnione są tam środki Pana Bruna i Pana Miesa. Jak mi ściągną podatek to nie mam poczucia, że nadal jestem właścicielem tej ściągniętej kwoty.



Bruno_Taut - Pią Wrz 22, 2006 10:35 am
A ja mam to poczucie, jako udziałowiec państwa. Udziałowiec robiony na okrągło w konia.



Kris - Pią Wrz 22, 2006 7:48 pm
http://miasta.gazeta.pl/katowice/1,35055,3636471.html



Powrót do przeszłości Tiele-Wincklerów

Katarzyna Piotrowiak, Jacek Madeja2006-09-22, ostatnia aktualizacja 2006-09-22 12:23

Górny Śląsk mieli opuścić tylko na kilka tygodni. Przyjechali po 61 latach. Tiele-Wincklerowie byli zdziwieni, że ludzie podają sobie ręce mimo różnic narodowościowych i klasowych.


Fot. Marcin Tomalka / AG
Hrabia Hubert von Tiele-Winckler nie usiadł w fotelu dziadka. - Był surowy. Nie spodobałoby się to - tłumaczył. Na zdjęciu: przed rodową posiadłością w Mosznej
więcej zdjęć Pierwszy przybył z wizytą baron Claus-Peter von Tiele-Winckler z małżonką Fryderyką. Przyjechali na zaproszenie ks. Tadeusza Szurmana, biskupa diecezji katowickiej Kościoła ewangelicko-augsburskiego w związku z 150. rocznicą położenia kamienia węgielnego pod budowę katedry ewangelickiej. Uczestniczyli w uroczystym nabożeństwie, zwiedzali Katowice. Niewiele mówili. - Ta wizyta jest wielką niespodzianką dla nas. Jesteśmy wzruszeni, zwłaszcza gościnnością - odpowiadali, z dużym dystansem, na większość pytań. Pozostałe kwitowali: - Będzie okazja, żeby o wszystko zapytać hrabiego.

Nie chcieli niczego komentować, niczego oceniać. Nienagannie skromni i powściągliwi w słowach. Z ich ust nie padło nawet jedno słowo, które mogłoby zdradzić ich emocje i stan ducha. Zupełnie nic. Do niedzieli.

Wtedy wylądował w Pyrzowicach hrabia Hubert von Tiele-Winckler. Przyleciał na 24 godziny.

Samochodem należącym do Urzędu Miasta w Katowicach podjechał pod hotel Diament, energicznie ustawił torbę podróżną pod elewacją i powiedział: - To coś niezwykłego, że po tylu latach znowu wracam do mojego Górnego Śląska. Po latach szczęśliwie spędzonego tutaj dzieciństwa, znowu przychodzę tutaj jak Górnoślązak.

Dwadzieścia minut zajęło mu dojście do pokoju i przygotowanie się, po trwającej wiele godzin podróży, do uroczystej kolacji zorganizowanej przez Urząd Miasta. Uśmiechnięty i szarmancki wszedł na salę restauracji Romantyczna, żeby powitać gości, z prezydentem Katowic Piotrem Uszokiem. Jego brat baron Claus-Peter był tuż za nim i tak już zostało do wyjazdu hrabiego.

- W związku rodowym hrabia Hubert jest najważniejszą osobą. Jest przedstawicielem starszej linii tzw. katowickiej, nazywanej też górnośląsko-meklemburską. To on stoi na czele rodziny, dziedziczy tytuł "pan na Katowicach, Miechowicach i Mosznej". Jest też przewodniczącym związku rodowego, składającego się zaledwie z kilkunastu osób. Ta grupa dba o nazwisko, zapobiega wszelkim podziałom i utracie majątku. Pilnuje, żeby był on dziedziczony wyłącznie wewnątrz rodziny - tłumaczy dr Arkadiusz Kuzio-Podrucki, biograf rodziny Tiele-Wincklerów.

Amerykański sen na Górnym Śląsku

Tiele-Wincklerowie, którzy od czasów końca drugiej wojny światowej nie pojawili się w Polsce, są w prostej linii czwartym pokoleniem Franza Wincklera. Historycy uważają, że niewiele by znaczyli, gdyby nie przedsiębiorczy i pracowity Franz, który był synem zarządcy dóbr spod Ząbkowic Śląskich (Tarnów na Dolnym Śląsku). - Winckler był typowym ucieleśnieniem amerykańskiego snu o karierze od pucybuta do milionera, choć w realiach śląskich raczej od górnika do magnata przemysłowego. W XIX wieku przybył na Górny Śląsk wydobywać podziemne skarby, jak: węgiel, rudy cynku, ołowiu, galmanu i srebro. Miał wtedy 16 lat - opowiada Kuzio-Podrucki.

W 1819 zostaje górnikiem w kopalni rud srebra i ołowiu Fryderyk w Bobrownikach. Równocześnie uczy się w elitarnej szkole górniczej w Tarnowskich Górach. Po jej ukończeniu awansuje na stanowisko sztygara. Od tego momentu kariera Wincklera nabiera rozpędu. Najpierw zostaje księgowym, a potem pełnomocnikiem Franciszka Aresina, przemysłowca z podbytomskich Miechowic.

Mimo że przez historyków uważany jest za typowego "self-made mana", człowieka, który wszystko osiąga dzięki swoim zdolnościom i wytężonej pracy, bajońską fortunę zawdzięcza korzystnemu małżeństwu z (o 14 lat starszą) Marią Aresin, wdową po swoim dotychczasowym pracodawcy.

- Wykorzystał nadarzającą się okazję. Znalazł się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Ale nawet gdyby nie małżeństwo z Marią Aresin, to był skazany na sukces. Ciągle się rozwijał i inwestował w swoją wiedzę. Prędzej czy później sam też by doszedł do niemałej fortuny - uważa biograf rodziny.

Dzięki korzystnemu mariażowi Winckler staje się magnatem przemysłowym. Jego majątek to 69 pól górniczych, 7 hut cynku i 14 kopalń galmanu. Swój majątek pomnaża, kupując miasto Mysłowice, a w 1834 za sumę 84 tys. talarów dobra rycerskie Katowice. - W tych czasach Katowice to niewielka osada skupiona wokół stawu hutniczego. Liczy zaledwie kilkadziesiąt chat krytych strzechą, nad którymi góruje wysoki dach rozległej karczmy. Dla Wincklera wieś ma jeden niezaprzeczalny atut - znajduje się dokładnie w samym środku jego rozległych włości.

Kuzio-Podrucki: - Katowice wcale nie były skazane na wielkość. Potrzebowały człowieka z wizją, który myśli perspektywicznie. Kimś takim był właśnie Winckler. Na dodatek potrafił wokół siebie skupić grupę zdolnych zarządców z Grundmannem na czele.

W 1841 roku przemysłowiec właśnie tutaj przenosi zarząd swoich dóbr, a jego dyrektorem ustanawia Friedricha Grundmanna, którego zna jeszcze ze szkoły górniczej w Tarnowskich Górach. Powstaje kolej, osada szybko rozkwita.

Zauważa to Józef Lompa, który w 1855 roku przybywa do Katowic. Tak opisuje niegdysiejszą wieś: "W Katowicach jest węzeł, pośrodek górnośląskiego przemysłu. (...) Katowice będą wzrastać jak miasto amerykańskie; obok gustownie, częściowo okazale wystawionych domów, powstają ciągle nowe, a wkrótce stanie tam kościół ewangelicki". Dziesięć lat później Katowice uzyskują prawa miejskie, a Winckler za życia zostaje nobilitowany do stanu szlacheckiego przez króla pruskiego.

Po śmierci w 1851 roku dziedziczką jego ogromnej fortuny zostaje Waleska von Winckler, córka z pierwszego małżeństwa z Alwiną Kalide. Waleska poślubia pochodzącego z kurlandzkiej szlachty podporucznika Huberta von Tiele. O majątku Wincklerówny już wtedy krążą legendy. Według jednej z anegdot, kiedy przełożony Huberta von Tiele, który musi wyrazić zgodę na ślub, pyta młodego podporucznika, czy dysponuje wymaganymi 3 tys. talarów rocznie na utrzymanie siebie i swojej małżonki, ten bez wahania odpowiada: "Tak jest panie pułkowniku. Dziennie".

Po hucznym ślubie w Miechowicach Waleska i Hubert uzyskują zgodę na połączenie swoich nazwisk i herbów. Odtąd noszą nazwisko von Tiele-Winckler. Kupują kolejne majątki nie tylko na Śląsku, ale i w Meklemburgii. W 1876 roku kończą budowę luksusowej rezydencji przy Regentenstrasse w centrum Berlina za milion marek. Kupują także zamek w Mosznej. Na początku XX wieku majątek von Tiele-Wincklerów jest siódmą fortuną w całym Cesarstwie Niemieckim. Historia wielkiej fortuny kończy się w 1945 roku.

Tiele-Wincklerowie odgrzebują swoją przeszłość

Kiedy niedaleko bajkowej rezydencji w Mosznej (porównywanej do rezydencji królów francuskich nad Loarą) pojawili się żołnierze Armii Czerwonej, 72-letni obecnie hrabia Hubert miał 13 lat. - Było niebezpiecznie. Mój ojciec miał małe auto. Ale ja nie mogłem wytrzymać. Chciałem uciekać. Wsiadłem do samochodu, uruchomiłem go i... wjechałem do rabatek - wspomina po 61 latach, stojąc znowu w miejscu, z którego po raz ostatni wyjeżdżał jako dziedzic wielkiej fortuny.

W poniedziałek był znowu w Mosznej. 99 wież promieniało w słońcu, 365 pokoi zajmowali pacjenci i pracownicy Centrum Terapii Nerwic. Hrabia starał się, żeby wizyta nie wyglądała na pompatyczną i nudną. Opowiadał dowcipy, witał się z każdą napotkaną osobą. Po raz pierwszy w życiu kazał sobie pokazać kuchnię. - U nas pewnie nie było tylu garnków - śmiał się. Na jednym z korytarzy wskoczył nagle na wagę szpitalną. Kazał się zważyć oraz zmierzyć. Chwytał za wszystkie schowane w zakamarkach klamki, otwierał okna.

- Tam muszą być lwy - mówił z powagą, zaglądając przez jedno z nich.

- I są - upewnił się, spoglądając na dwa kamienne lwy, kładące się u wejścia do rezydencji od strony parku.

Poważniał, kiedy przekraczał progi kolejnego salonu zapamiętanego z dzieciństwa i uśmiechał się, kiedy znajdował znajome przedmioty, których na zamku pozostało niewiele. - Po wojnie zamek został splądrowany przez Sowietów - tłumaczył Tadeusz Wilk, przewodnik.

Zniknął nawet na moment w zamkowych przepastnych korytarzach, co wywołało małą panikę, bo zaburzyło ustaloną wcześnie trasę zwiedzania. Kiedy odnalazł się, zadowolony opowiedział, że w końcu znalazł to, czego szukał. Biurko dziadka Hansa Wernera. Hrabia obejrzał go sobie uważnie, ale nie usiadł. Fotel dziadka pozostał pusty. Spoczął na innym krześle ustawionym w pobliżu. - Surowy był dziadek - skwitował, oglądając mebel.

Jego brat baron Claus-Peter na Śląsku był po raz pierwszy. Trzymał w ręku aparat i szczegółowo dokumentował wizytę. Sfotografował nawet zawieszony w holu transparent służby zdrowia z napisem "Akcja protestacyjna". Podziwiał z uśmiechem kunsztowną architekturę, innym razem przecierał zmartwione czoło chusteczką. Jego żona, baronowa Fryderyka, wyglądała na zadowoloną. Zapytana, czy chciałaby tu zamieszkać z piątką dzieci, dała do zrozumienia, że rozmach rezydencji mógłby ją przytłaczać. - Zbyt duża. Chciałabym jednak, żeby dzieci to miejsce poznały, identyfikowały się z nim - odparła.

Hubert spada z postumentu

W latach 50. imiennik hrabiego Huberta spada z postumentu. Jego pomnik od ponad stu lat stał na końcu głównej alei parkowej. - Co to jest? - pytał hrabia, pokazując dwa wgłębienia w postumencie.

- Dziury po sowieckich kulach - tłumaczył Wilk.

Figury przedstawiającej Huberta w stroju myśliwskim też nie było. - Zniknęła w latach 50. Stało się to podobno w czasie jakiejś zakrapianej majówki, zorganizowanej przez młodzież komunistyczną - tłumaczył przewodnik.

W parku interesowało hrabiego każde nadłamane drzewo i stan wody w kanałach, po których kiedyś pływał kajakiem. Z pasją opowiadał o alei klonów kwitnących na czerwono, które sadzono tak, żeby się nawzajem nie zasłaniały. O nieistniejącej już łaźni i jeleniach, które przychodziły skubać trawę w parku. - Uwielbiałem pływać kajakiem do łaźni. Kąpać się i obserwować jelenie. Za moich czasów tylko się na nie patrzyło, nikt do nich nie strzelał - powiedział.

W rodowej nekropolii, gdzie leżą pochowani członkowie rodu, pozwolił sobie na chwilę zadumy. Najpierw jednak dokładnie obejrzał każdy pomnik i krzyż. - Wygląda dobrze - stwierdził.

Przez całą wizytę nie okazywał wzruszenia. Baron był równie zagadkowy. W końcu jednak, kiedy stanął na zamkowych schodach prowadzących do parku, powiedział. - Przerasta mnie to, co widzę. To jest piękne. Prawda? - zapytał, szukając potwierdzenia wśród towarzyszących mu osób. Nikt w to nie wątpił.

Co miał na myśli, mówiąc, że czuje się Górnoślązakiem? - Czuję się jak w domu. Moje serce bije dla Górnego Śląska. To jest krajobraz noszony w sercu, który idzie w ciało i w krew. Całe życie to się w sobie nosi - powiedział i pojechał obejrzeć ruiny zamku w Miechowicach oraz drewniany domek Matki Ewy z rodu von Tiele-Winckler, która założyła ewangelickie zgromadzenie sióstr zajmujących się ubogimi i dziećmi w 18 krajach świata.

Siostra Marta, kontynuatorka dzieła Matki Ewy, opowiedziała Tiele-Wincklerom o dniu jej śmierci. Siedzieli blisko siebie w maleńkim pokoiku na parterze przy kawie i ciastku. Obserwując ich twarze, wydawało się, że słyszą tę opowieść po raz pierwszy. - Leżała chora od wielu dni. Czekała na siostry, które płynęły statkiem z Chin. Musiały się jednak przesiąść na inny. Dzięki temu szybciej dotarły do Miechowic. Matka Ewa zdążyła jeszcze przed śmiercią nałożyć czepek zakonny młodej Chince, którą przywiozły ze sobą - opowiada.

Baronowa Fryderyka: byliśmy przestraszeni

Kim są dzisiejsi Tiele-Wincklerowie? Co robili przez ostatnich 61 lat w Niemczech?

Baron i jego małżonka Fryderyka mają piątkę dzieci. Hrabia Hubert od trzech lat jest wdowcem. Obydwaj pracowali dla armatora. Baron był menedżerem, a hrabia odpowiadał za rozładunek na nabrzeżu portowym. Mieszkają w niemieckim landzie Szlezwik-Holsztyn (niedaleko Kanału Kilońskiego). Seniorką rodu jest obecnie baronowa Ingeborga, kuzynka z młodszej linii meklembursko-afrykańskiej. Bardzo dobrze wyszła za mąż ich najstarsza siostra Eva-Benita. Jest małżonką księcia zu Schaumburg-Lippe (rodu o statusie dynastycznym). Jej bracia plasują się natomiast jako dobrze sytuowana klasa średnia bez dóbr ziemskich.

Dr Kuzio-Podrucki tłumaczy, że obawiali się przyjazdu do Polski, bo historia nie była dla nich łaskawa. - Koresponduję z Clausem-Peterem. Z jego listów wynika, że kiedy w 1945 roku rodzina opuszczała Górny Śląsk, sądzili, że ich nieobecność potrwa najwyżej kilka tygodni, tymczasem stały się one kilkoma dziesięcioleciami. Mają niewiele pamiątek rodzinnych, bo niczego nie zabierali, sądząc, że szybko tutaj powrócą.

- Dlaczego przyjechał Pan na Śląsk dopiero teraz? - zapytałam.

Baron: - Nie mogę odpowiedzieć.

Kuzio-Podrucki: - Dla nich rok 1945 to była katastrofa. Stracili dorobek pokoleń, domy, historię rodu. Nie ma się więc co dziwić, że nie przyjeżdżali - tłumaczy.

Po wojnie obowiązywała ustawa kagańcowa. Do swoich włości mogli się zbliżać najwyżej na odległość 90 km. W czasach PRL-u nie mieli więc po co przyjeżdżać.

We wtorek, w dniu wyjazdu na spotkanie w Urzędzie Miasta, baron i jego małżonka przyznali się do strachu przed nieznanym.

Fryderyka odważnie opowiedziała o swoich obawach: - Bardzo, bardzo mało wyobrażeń mieliśmy o Śląsku, kiedy tu jechaliśmy. Byliśmy przestraszeni. Przyjechaliśmy ze strachem przed tym, co nas może spotkać w Katowicach. Nie wiedzieliśmy, w jaki sposób zostaniemy przez ludzi przyjęci. Teraz już się nie boimy.

Baron: - Ludzie podają sobie rękę, rozmawiają ze sobą, pomimo tego że pochodzą z bardzo różnych regionów, klas społecznych. Potrafią tego typu granice przełamywać. To nas bardzo cieszy. Że w przyszłości jest ukojenie.

Na dowód tego, że wizyta się udała, bp Szurman opowiedział, jak zachowali się jego parafianie po nabożeństwie odprawionym z okazji 150-lecia katedry: - Cały kościół klaskał, kiedy wychodzili z kościoła.

Żegnając się, baron Claus-Peter wpisał do księgi pamiątkowej tylko jedno słowo: "dziękujemy".



miglanc - Pią Wrz 22, 2006 10:26 pm
Tiele-Winklerowie byli ostatnimi wlascicielami palacu w Orzeszu-Zawisci, gdzie pracowala moja prababcia. Ten palac jest mniejszy niz w Mosznej, ale znacznie starszy.

O ile mi wiadomo to fortuna Tiele-Winklerow skonczyla sie juz przed IIWS, gdyz zbankrutowali i ich majatek rozparcelowano. Po tej pracelacji ludzie w mojej wsi zakupilii ziemie i pobudowali sobie domy, ktore stoja po dzien dzisiejszy i stanowia spory odsetek zabudowy okolic.

Jako ciekawostke dodam, ze w obu bylych palacach Tiele-Wienklerow mieszcza sie teraz osrodki leczenia nerwic - w Mosznej dla doroslych u nas w Orzeszu dla dzieci.



Bruno_Taut - Sob Wrz 23, 2006 7:31 am
Podejrzewam, że nie tyle zbankrutowali, co musieli sie pozbyć majątku w polskiej cześci Górnego Śląska.



Mies - Sob Wrz 23, 2006 6:20 pm
To możliwe, chociaż należy pamiętać, że po 1929 roku Wielki Kryzys wykończył wiele firm. Przykładowo w niemieckiej części Górnego Śląska, na 32 czynne kopalnie, w czasie kryzysu zamknięto aż 25. Natomiast kopalnie po stronie polskiej miały problemy już od 1925, gdy Niemcy wstrzymali import węgla z Polski. W związku z tym, istotnie w tym czasie doszło do wielu zmian własnościowych i wykupywania udziałów od bankrutujących właścicieli.



miglanc - Sob Wrz 23, 2006 6:40 pm

Podejrzewam, że nie tyle zbankrutowali, co musieli sie pozbyć majątku w polskiej cześci Górnego Śląska.Wiekszosc z gornoslaskich magnatow w tym sami Hochbergowie w okresie kryzysu popadla w dlugi i parcelowano ich majatki. Przymusowe pozbywanie sie majatku to bylo po '45 roku.



Bruno_Taut - Sob Lis 25, 2006 12:37 pm
Już za sanacji wykańczano niemieckich przedsiębiorców tzw. domiarami podatkowymi.



Mies - Sob Lis 25, 2006 8:34 pm
Kryzys ogólnoświatowy był dużo bardziej niekorzystnym czynnikiem powodującym problemy dla działalności gospodarcze niż nawet najbardziej dolegliwe domiary, które miały o ile pamiętam na celu skłonienie do sprzedazy akcji a nie likwidacji firmy. Co ciekawe zazwyczaj te akcje przechodziły też w ręce obcego kapitału



Bruno_Taut - Nie Lis 26, 2006 7:40 am
A ktoś tu coś wspominał o likwidacji firmy? Wydawało mi się, że rozmawiamy o zmianach własnościowych. Celem polityki Grażyńskiego było zmniejszenie niemieckiego udziału w górnośląskim przemyśle i temu służyły domiary.



Mies - Nie Lis 26, 2006 10:42 am
Zapomniałeś wspomnieć, że powodem domiarów było zatajanie zysków przez wielkie firmy. Przy okazji następowało zmniejszenie kapitału niemieckiego i zwiększenie francuskiego i amerykańskiego (często proniemieckiego zresztą).



Bruno_Taut - Nie Lis 26, 2006 10:52 am
Nie zapomniałem, bo moim zdaniem nie to było powodem domiarów, ale właśnie dążenie do wyparcia kapitału niemieckiego. A że II RP państwem prawa nie była, więc można było znaleźć bata podatkowego. Ciekawe, co by było, gdyby dziś dowalono domiar takiemu TESCO, wykazującemu zysk rzędu klikunastu złotych rocznie.



Mies - Nie Lis 26, 2006 11:11 am
Oczywiście, że chciano zmniejszyć ilość kapitału niemieckiego, pytanie tylko brzmi, czy było to związane z fobią antyniemiecką, czy też z nieprzychylnymi polskiej administracji działaniami tych firm? Fakt zatajania zysków przez największe koncerny w II RP i tym samym istotne zmniejszenie wpływów do budżetu, nie można porównywać z jakimś Tesco. To nie ta skala.



Bruno_Taut - Nie Lis 26, 2006 11:54 am
Dokładnie ten sam mechanizm. Wyprowadzanie zysków za granicę. Duże firmy w III RP prawie nie płacą CIT. A w antyniemiecką fobię Grażyńskiego trudno wątpić. Poza tym kryterium oceny powinna być zgodność z prawem. Jeżeli nieprzychylne polskiej administracji działania niemieckich firm naruszały prawo, to należało wystąpić na drogę sądową. Tak się nie stało, bowiem II RP nie była po roku 1926 państwem prawa, ale rządzonym przez juntę państwem autorytarnym.



Mies - Nie Lis 26, 2006 10:40 pm
Zapomniałeś chyba dodać na jaką drogę sądową mogła wystąpić II RP w sytuacji gdy Konwencja genewska bardzo utrudniała jej jakiekolwiek ingerencje w sprawy gospodarcze. Tak więc sankcje podatkowe mogły być prawdopodobnie jedyną skuteczną reakcją jaką można było zastosować.
CIT Tesco nie ma takiego znaczenia dla obecnego budżetu jak dla rolniczej II RP zaniżanie zysków przez niemieckie koncerny i wlokące się w konsekwencji wiele lat procesy przed międzynarodowymi sądami. Porównanie więc jest chybione. Grażyńskiego nie znałem, więc jakie i czy miał fobie - nie wiem.



Bruno_Taut - Nie Lis 26, 2006 10:43 pm
Od tego, żeby się dowiedzieć, są źródła historyczne, a poznaniu służy ich krytyczna analiza. Biedna ta II RP. Tak się musiala sk...wić przez tych złych Niemców.



Mies - Pon Lis 27, 2006 10:54 am

Od tego, żeby się dowiedzieć, są źródła historyczne, a poznaniu służy ich krytyczna analiza.
Źródła przedstawiają jego stan emocjonalny i fobie w stosunku do Niemców? Ciekawe. Jakiś psychiatra to analizował?


Biedna ta II RP. Tak się musiala sk...wić przez tych złych Niemców.

Lepsza nawet taka II RP niż III Rzesza.



Bruno_Taut - Pon Lis 27, 2006 12:52 pm
Żródła nie przedstawiają, żródła zawierają odpowiedzi na pytania, które trzeba odpowiednio sformułować. I dlaczego nie miałyby być to pytania o emocje?
Przypomnę, że przez pierwszych kilka lat rządów sanacyjnej kliki (użycie tego zwrotu świadczy o emocjach - to tak na marginesie badania źródeł) III Rzesza obecna była jedynie w planach narodowych socjalistów. A na marginesie - dla poprawy nastroju porównujesz sobie dziś III/IV RP do ChRL, Korei Północnej czy Kuby?



Mies - Pon Lis 27, 2006 3:56 pm
Mój nastrój jest jak zwykle świetny, więc nie musze sobie go niczym poprawiać. Gdybym jednak musiał to robić, to nie wiem skad pomysł porównywania jakiegokolwiek kraju do III RP. Równie sensownie można poprawiac sobie humor porównywaniem Księżyca z Fobosem.
III Rzesza powstała później niż sanacja przejęła władzę, jednak przypomnę, że NSDAP do Reichstagu dostała się zanim doszło do przewrotu majowego. Dlatego też trudno przypuszczać by jej zwolennicy nie wyznawali swoich późniejszych poglądów przed 1926 r. Tym bardziej na terenie Górnego Śląska, "pokrzywdzonego" przez Traktat Wersalski. Zalecam jednak mniej emocji, nawet gdy chodzi o coś tak wstrząsająco przerażającego jak "autorytarna junta i sanacyjna klika".



Bruno_Taut - Pon Lis 27, 2006 4:10 pm
A ja więcej krytycyzmu, nawet gdy chodzi o coś tak świętego jak Najjaśniejsza Rzeczpospolita.
Przypomnę też, że sanacja początkowo doskonale dogadywała się z towarzyszami z NSDAP. Lepiej niż z niemieckimi chrześcijańskimi demokratami.



Mies - Pon Lis 27, 2006 4:32 pm
Z tym doskonałym dogadywaniem to bym nie przesadzał. Jeśli miało miejsce to był to wynik pragmatyzmu w stosunkach z problematycznym sąsiadem, a nie wspólnych poglądów rządzących np. na temat Żydów. O świetnym dogadywaniu z towarzyszami z NSDAP mógł mówić raczej Edward VIII.
Także zalecam krytycyzm, nawet gdy chodzi o coś tak świętego jak Najjaśniejsza Rzesza Niemiecka.



Bruno_Taut - Pon Lis 27, 2006 4:50 pm
O Rzeszy nie wypowiadałem się tu ani krytycznie ani bezkrytycznie. A o Świętym Cesarstwie Rzymskim Narodu Niemieckiego tym bardziej nie. Pewnie dlatego, że zakończyło swój żywot 120 lat przed zamachem majowym w Polsce. Ale pewnie mimo to można na nie zwalić winę za nędzę II RP.



Mies - Wto Lis 28, 2006 8:44 am
Przypuszczam że są mi przypisywane poglądy, których nie tylko nie głoszę ale i nie posiadam (to takie nawiązanie do nędzy II RP, kórą miałem jak przypuszczam jakoś usprawiedliwiać). Wolałbym jednak nie tłumaczyć sie z czegoś czego nie napisałem-ok?



Wit - Nie Lis 04, 2007 7:21 pm
tu chyba będzie najlepiej pasować

Bez węgla kamiennego Górny Śląsk byłby niczym
Rozmawiał: Tomasz Głogowski2007-11-04, ostatnia aktualizacja 2007-11-04 12:10



Choć powstawały kopalnie, węgla początkowo nie wykorzystywano do ogrzewania domów. Do tego potrzebne były ruszty, a te wynaleziono dopiero w XVIII wieku. Rozmowa z dr. Piotrem Greinerem, dyrektorem Archiwum Państwowego w Katowicach.

Tomasz Głogowski: Śląsk kojarzy nam się głównie z wydobyciem węgla kamiennego, tymczasem zaczęło się od srebra i złota.

Piotr Greiner: Ślady archeologiczne wskazują, że na Górnym Śląsku kruszce wydobywano jeszcze w okresie prehistorycznym, ale pierwsze informacje źródłowe o górnictwie kruszcowym pojawiają się w XIII wieku, w okresie tzw. kolonizacji niemieckiej. Głównym celem ówczesnych górników było wydobywanie srebra i złota, a nie węgla.

Pamiętajmy, że Pan Bóg wyposażył Śląsk we wszystkie możliwe minerały, z wyjątkiem soli. Pierwsze wzmianki źródłowe na temat węgla kamiennego pochodzą z XV wieku i dotyczą Dolnego Śląska, czyli późniejszego Zagłębia Wałbrzyskiego. Natomiast pierwsze informacje o eksploatowaniu węgla kamiennego na Górnym Śląsku są dość pokrętne. W połowie XVII wieku pojawia się zapis źródłowy, w którym pan na Pszczynie, czyli Adam Leopold von Promnitz, zaleca stosowanie węgla w jaroszowickiej kuźnicy żelaza. Ale nie wiemy, czy rzeczywiście wykorzystywano go do tego celu, choć można się domyślać, że tak.

To, co nam się może wydawać dziwne, to fakt, że w tamtym czasie na pewno nie stosowano węgla na użytek domowy. Węgiel wymaga rusztów, a te zastosowano dopiero w XVIII wieku. Nawet jak ktoś próbował podpalać węgiel, to nic mu z tego nie wychodziło, bo nie było dostępu powietrza. Tak naprawdę dopiero wielka akcja "marketingowa" z drugiej połowy XVIII wieku przekonała Górnoślązaków do zastosowania tego paliwa w gospodarstwach domowych.

Węgiel zaczęto eksploatować dopiero w drugiej połowie XVIII wieku, w czasie, jak to się ładnie nazywa naukowo, protoindustrializacji Śląska. Była to pierwsza faza uprzemysłowienia, kiedy panowały jeszcze stosunki feudalne, a nie kapitalistyczne. Z jednej strony był więc feudał, z drugiej państwo, w tym przypadku pruskie.

Nie każdy mógł chyba wydobywać węgiel, jak mu się podobało?

- Oczywiście, obowiązywały koncesje, czyli nadania górnicze. To stare prawo sięgające jeszcze czasów antycznych, stanowiące, że właścicielem kopalin jest władca. W prawie europejskim zapis ten zawarto w licznych ustawach XII- i XIII-wiecznych, ale wykaz minerałów należących do władcy obejmował przede wszystkim minerały kruszcowe. Węgiel, podobnie jak rudy darniowe, nie był początkowo zaliczany do tzw. regali królewskich.

Przełom nastąpił w 1755 roku, gdy w Prusach do królewskich regali zaliczono również węgiel, co zostało potwierdzone w słynnej ustawie górniczej dla Śląska z 1769 roku. Tam jest już zapis, że król jest właścicielem tej kopaliny. Sam (jako państwo) nie wydobywał, ale mógł udzielać koncesji, oczywiście za odpowiednią opłatą. Państwo też czerpało dochód z wydobywania węgla, z czegoś na kształt dzisiejszych podatków górniczych.

To wtedy wyrosły wielkie rody przemysłowe na Śląsku?

- Do pewnego momentu państwo pruskie samo było inwestorem. Nie tylko organizowało, kontrolowało, ale też inwestowało w górnictwo. Potem obok państwa pojawili się feudałowie, bo tylko oni mieli potrzebny kapitał pozyskany z tzw. renty feudalnej. Stąd mówi się o wschodnioeuropejskim modelu protoindustrializacji na Śląsku.

Na Górnym Śląsku do feudałów zaliczali się hrabiowie Henckel von Donnersmarck, książęta Hohenlohe ze Sławięcic czy panowie na Pszczynie (wówczas z rodu Coethen-Anhalt). W kopalnie inwestowała też drobniejsza szlachta. Dopiero rozwój przemysłu i przemiany polityczne w Prusach sprawiły, że w górnictwie pojawili się ludzie spoza arystokracji, na przykład kupcy.

Po - jak ja to nazywam - wielkiej rewolucji na Śląsku, która trwała w okresie wojny napoleońskiej 1807-1815, gdy doszło m.in. do uwłaszczenia chłopów czy rozbicia struktury cechowej w miastach, do przemysłu weszli plebejusze. Były dwie ścieżki: z pierwszej korzystali ludzie, którzy się dorobili na służbie państwowej jako fachowcy, np. John Baildon. Z drugiej skorzystali faktorzy, czyli zarządcy u feudałów. Tu przykładem jest "diabeł z Rudy", czyli Karol Godula. Zarobione pieniądze zaczęli sami inwestować w spółkach razem z ziemiaństwem. Godula na przykład inwestował wspólnie z rodem hrabiów von Ballestrem. Dopiero później pojawił się kapitał mieszczański, głównie z Wrocławia. To za sprawą edyktu emancypacyjnego z 1812 roku, który pozwolił Żydom w Prusach na pełną swobodę gospodarczą.

Kopalnie nie miały więc jednego właściciela?

- Istniały różne modele własności. Były np. kopalnie wyłącznie państwowe, czyli fiskalne. Przykładem jest kopalnia KĂśnig (Król) w Chorzowie lub sławna KĂśnigin Luise (Królowa Luiza) w Zabrzu. Kopalnie należały też do kapitałów rodzinnych, czyli wspomnianych już Ballestremów czy Henckelów von Donnersmarck. Tu największą w XIX wieku była należącą do Ballestremów kopalnia Brandenburg, czyli późniejsza Walenty-Wawel.

Był też oczywiście cały kompleks kopalń należących do księcia pszczyńskiego. Później pojawiły się zakłady należące do spółek. Pierwszą tzw. spółkę kupiecką założył Baildon w 1832 roku. W jej skład wchodziła Huta Baildon w Załężu i kopalnia węgla Waterloo w Dębie. Warto też wspomnieć o dobrach kościelnych, chociażby sławnych Bożogrobowcach z Chorzowa.

Dopiero w 1853 roku hrabia Guido Henckel von Donnersmarck założył pierwszą spółkę akcyjną Schlesische A.G. fĂźr Bergbau und ZĂźnkhĂźttenbetrieb z siedzibą w Lipinach. Akcje śląskich kopalń można było kupić na giełdzie berlińskiej czy londyńskiej. Oczywiście, właściciel zachowywał dla siebie pakiet kontrolny. W drugiej połowie XIX wieku wszystkie przedsiębiorstwa rodzinne, np. Ballestremów czy Schaffgotschów, przekształciły się w spółki akcyjne. W ten sposób można było pozyskiwać kapitał na rozwój.

Czy kopalnie w tamtym czasie to był dobry interes?

- Oczywiście, ale prawdziwie wielkie fortuny zbili ci, którzy dostrzegli sens budowy całych kompleksów górniczo-hutniczych. Pierwszym był Godula, prawdziwy geniusz finansowy. Połączył w jeden kompleks kopalnie węgla kamiennego, galmanu i zakłady hutnicze. Budował huty blisko kopalń, bo zmniejszał w ten sposób koszty transportu. Pamiętajmy, że kolei wtedy nie było, węgiel przewożono furmankami. Całe wsie śląskie żyły z furmanienia, głównie zagrodnicy. Chłopi, którzy mieli mało ziemi i dorabiali jako wozacy.

Jaka była ówczesna skala wydobycia?

- W latach 70. XVIII wieku wszystkie kopalnie na Górnym Śląsku wydobywały rocznie kilkaset ton węgla (w 1780 roku - 821 ton), czyli jeden dzisiejszy pociąg w węglem. Jednak gdy ruszyły huty, przyrost był niesamowity, wydobycie szło już w dziesiątki tysięcy ton. Prawdziwy skok nastąpił wraz z pojawieniem się hutnictwa cynku (w 1840 roku wydobyto 538 tys. ton). Wykorzystywana wtedy tzw. metoda muflowa opracowana przez Johanna Ruhberga, nazywana też śląską, była bardzo paliwożerna. Węgiel stał się po prostu niezbędny.

Mitem jest natomiast, że zarabiało się na eksporcie węgla. Dopóki nie było kolei, nie było go jak wywozić. Zmieniło się to dopiero w 1846 roku, gdy powstała pierwsza sieć kolejowa Mysłowice - Wrocław. Eksportowano węgiel do Prus, choć wielkim rynkiem zbytu było też imperium rosyjskie. Samo oczywiście rozwijało swój przemysł węglowy, ale korzystało też z węgla śląskiego.

Czy dokumenty mówią coś o warunkach pracy ówczesnych górników?

- Były fatalne, wręcz niewolnicze. Sławny Fryderyk Wilhelm von Reden miał innowacyjne pomysły i podpatrzył w Wielkiej Brytanii transport konny pod ziemią. Zastosowano go w kopalni Król w Chorzowie, by wkrótce z niego zrezygnować. Utrzymanie koni było po prostu droższe niż praca człowieka. Dopiero po 30-40 latach wrócono do pociągu konnego, który wycofano, gdy pojawiła się elektryczność.

Dopiero w XIX wieku pojawia się coś w rodzaju opieki socjalnej nad górnikami, zapomogi dla wdów czy emerytury, których i tak mało kto dożywał. Doszło do tego budownictwo patronackie, czyli właściciel kopalni budował familoki dla swoich pracowników. Mamy przekazy o olbrzymich katastrofach górniczych. Były nagminne i pochłaniały dziesiątki ofiar. Nie liczono się z ludźmi.

A co z etosem i górniczymi tradycjami?

- Tak naprawdę pojawiły się dopiero w XIX wieku wraz z górniczymi mundurami wzorowanymi na pruskich uniformach. Wtedy utworzyła się prawdziwa górnicza świadomość, bo górników było już wielu.

Wcześniej wyglądało to inaczej. W kopalni węgla Król Dawid należącej do właściciela Orzegowa w latach 70. XVIII wieku pracowało zaledwie dwóch fachowych górników, których właściciel sprowadził z Saksonii, i paru chłopów. W takiej sytuacji trudno było mówić o etosie górniczym. Dodam, że rolada z kluskami i modrą kapustą pojawiała się na niedzielnym stole górnośląskiej rodziny dopiero pod koniec XIX wieku.

Węgiel bywa dziś niedoceniany, mówi się nawet o odwrocie w tej branży. A jak to wygląda z punktu widzenia historyka?

- Bez węgla kamiennego Górny Śląsk byłby niczym. Warto przypomnieć, że przed industrializacją region ten był prowincją strasznie zacofaną. Mamy poza paroma wyjątkami słabe gleby, nie było więc alternatywy. To węgiel kamienny stworzył Górny Śląsk takim, jakim jest dzisiaj.



Wit - Pią Paź 31, 2008 2:19 pm
ECHO MIASTA

Zaskoczony przez dziadka 2008.10.30

Katowice po raz pierwszy odwiedził JĂśrn Zillmann. Dzięki pracy jego dziadka, Emila Zillmanna, i kuzyna dziadka, Georga Zillmanna, Śląsk może się dziś chwalić m.in. piękną zabudową Giszowca i Nikiszowca


JÖRN ZILLMANN z żoną na katowicki Giszowcu (fot. Joanna Nowicka)

Marta Żabińska: Widział Pan wiele obiektów projektu Emila i Georga Zillmannów, zanim przyjechał Pan na Śląsk?
JĂśrn Zillmann: - Nie, bo w Berlinie oni są prawie nieznani. Budowali tam tylko małe i średnie domy mieszkalne, a najwięcej projektowali właśnie tutaj, na Śląsku.

Jest Pan zaskoczony tym, co Pan tu zobaczył?
J.M.: - Całkowicie. Muszę to sobie dopiero wszystko poukładać w głowie. Dziadek umarł zanim się urodziłem. Bardzo wiele nowych faktów poznałem dopiero teraz dzięki pani Joannie Tofilskiej z Muzeum Historii Katowic. W domu zachowały się jedynie zdjęcia z Nikiszowca i Giszowca, ale one i tak nie oddają tego, co zobaczyłem tu na miejscu.

Obejrzał Pan nie tylko dwa katowickie osiedla, ale też Elekrociepłownię w Bytomiu czy kompleks Nowe Gliwice. Co najbardziej się Panu spodobało?
J.M.: - Zdecydowanie kościół św. Anny w Nikiszowcu i gliwicki kompleks zrewitalizowanych budynków Centrum Edukacji i Biznesu.

Mieszka Pan w domu zaprojektowanym przez dziadka w Berlinie, w Charlottenburgu. Czy jest on równie funkcjonalny jak projekty stworzone tutaj z taką dbałością o mieszkańców?
J.M.: -Trudno odpowiedzieć. Akurat ten dom dziadek budował w czasach Wielkiego Kryzysu, kiedy stracił właściwie cały majątek. A więc sama pani rozumie...

Wróci Pan jeszcze na Śląsk?
J.M.:- Bardzo chciałbym przyjechać tu z dziećmi, by zobaczyły to co ja, by pokazać im, jak bardzo to co zaprojektowali Zillmannowie jest w Polsce szanowane. To naprawdę duże zaskoczenie.

Marta Żabińska



Wit - Pon Sty 12, 2009 12:24 am
Gen. Ziętek: dobry gospodarz czy aparatczyk?
Waldemar Szymczyk2009-01-11, ostatnia aktualizacja 2009-01-11 21:28



To ostatni człowiek na Śląsku, który miał wizję rządzenia tym regionem. Słowem gospodarz doskonały, jakiego wszyscy oczekują, a jakiego chyba już nie będzie - to cytat z mowy pożegnalnej na pogrzebie gen. Jerzego Ziętka. Discovery TVN Historia wyprodukowała film, który opowiada o byłym wojewodzie śląskim. Premiera kinowa już w sobotę

Jego wielbiciele uważają, że bez niego nie byłoby Spodka, Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku, Stadionu Śląskiego, uzdrowiska w Ustroniu i setek innych obiektów. Że przez wiele lat udawało mu się pacyfikować lokalnych działaczy partii komunistycznej i modernizować nasz region bez oglądania się na budżet państwa czy ministerialne plany.

- Bez wątpienia Jerzy Ziętek był postacią nietuzinkową, wyróżniał się pozytywnie na tle PRL-owskiej szarzyzny. Bez wątpienia pozostawił po sobie spory dorobek. Bez wątpienia miał poczucie misji publicznej i wypełniał ją najlepiej jak potrafił. Ale w tej postaci i z tą filozofią życiową mógł istnieć i być skutecznym tylko w złym czasie, za którym tęsknić nie sposób - uważa z kolei Michał Smolorz, publicysta "Gazety".

Tomasz Blachnicki, reżyser i autor scenariusza filmu "Gospodarz", opowiada o Ziętku poprzez ludzi, którzy świetnie go znali, którzy byli jego podwładnymi albo jako historycy specjalizują się w jego biografii. Udało mu się znaleźć mało znane zdjęcia dokumentalne, ciekawe są również fabularyzowane fragmenty, pokazujące Jorga w pracy czy na naradach.

Premiera filmu w najbliższą sobotę o godz. 17 w katowickim kinie Rialto. Po pokazie odbędzie się dyskusja o Ziętku, którą poprowadzą Kamil Durczok i Waldemar Szymczyk. Wezmą w niej udział m.in. reżyser i poseł Kazimierz Kutz, publicysta Michał Smolorz, historycy prof. Jan Walczak i dr hab. Zygmunt Woźniczka, dr Jerzy Gorzelik z Ruchu Autonomii Śląska i Piotr Spyra z zarządu województwa. Wstęp wolny.



d-8 - Pon Sty 12, 2009 6:38 am
To ostatni człowiek na Śląsku, który miał wizję rządzenia tym regionem. Słowem gospodarz doskonały, jakiego wszyscy oczekują, a jakiego chyba już nie będzie.



Bruno_Taut - Pon Sty 12, 2009 7:25 pm
Bajka o dobrym carze wiecznie żywa. Rację ma Smolorz - Ziętek jest elementem paskudnego rozdziału historii, nawet jeśli na tle innych aktorów wyróżniał się in plus. Wątlpliwe, by sprawdził się w innych warunkach niż autorytaryzm (sanacja) czy totalitaryzm. I tego kontekstu nie można pomijać. Czasy są zupełnie inne i wymagają innych predyspozycji.



salutuj - Pon Sty 12, 2009 8:14 pm
Niemniej współcześnie również potrzeba ludzi z wizją.



Bruno_Taut - Pon Sty 12, 2009 9:29 pm
Takich nie brak, tyle że realizują się poza polityką. Na tym polega przewaga naszych czasów - istnieje wiele pól ludzkiej aktywności, gdzie wpływ polityków czy partyjnego aparatu jest ograniczony.



salutuj - Pon Sty 12, 2009 10:41 pm
Masz rację, ale są dziedziny, gdzie istotne jest by to akurat politycy byli kreatywni, z wizją.

Ot takim przykładem jest np budowa tunelu kolejowego, który poza kosztami, daje pewne materialne przychody, ale przede wszystkim daje zyski niematerialne



Strona 1 z 2 • Wyszukano 167 wypowiedzi • 1, 2
Copyright (c) 2009 | Powered by Wordpress. Fresh News Theme by WooThemes - Premium Wordpress Themes.