ďťż
[Katowice międzywojenne] Pomóż pisać powieść...



Emenefix - Nie Lip 22, 2007 8:56 am
Jak wiecie, piszę powieść z magicznymi Katosami i Hindenburgiem w tle. Praca wre
Pozwoliłem sobie założyć ten wątek, aby umieszczać w nim pytania do was/potencjalnych inspiratorów. Jak również wysłuchiwać sugestii (ciekawe historie z okresu 1925-1935, ciekawostki, tajemnice, niewyjaśnione do końca wątki)

Oczywiście siedzę w archiwach, odwiedzam muzeum, czytam ksiązki, ale pomoc słowna zawsze cenniejsza.

Na początek: Jak wyglądało wnętrze katowickiego dworca? I sam dworzec od strony peronów. Jakieś fotki/www? Wspomnienia?
Jakie taksówki kursowały w tym okresie w Kato?
Jakie tramwaje? Jak wyglądały składy/wagony (najlepiej od środka)?




jacek_t83 - Nie Lip 22, 2007 1:34 pm

Jakie tramwaje? Jak wyglądały składy/wagony (najlepiej od środka)?
z tego co mi wiadomo kursowaly wtedy te zabytkowe N-ki
a co to za powiesc bedzie?? daj jakis trailer



Mies - Nie Lip 22, 2007 2:50 pm
Polecam kroniki kryminalne w przedwojennych gazetach. Jest tam czasami sporo ciekawostek obyczajowych. GW kiedyś przedrukowywała co zabawniejsze przypadki.



MephiR - Nie Lip 22, 2007 5:15 pm
Jakiś czas temu ukazała się książka "Tajemnice Bytomskich Kamienic" - zmień jedno z miast na Bytom i sprawę będziesz miał ułatwioną .




Emenefix - Pią Paź 12, 2007 10:03 pm
Fragment z rodziału 1:
(...)
- Tam jest! Tam jest! Tam jest! Nie to się nie liczy. Tam jest! Tam, tam też jest patrz! No jest. Tam jest! Tam jest! Tam! Tam jest! Ja pierwszy! Nie, ja pierwszy! O tam! Ja mam dwadzieścia! Tam jest! tam! O tam, nie tam nie ma. Tam!
Dwójka ośmioletnich chłopców przylepionych do szyby, liczyła na wyścigi "ptasie gniazda" wczepione w bezlistne szkielety drzew. Coś, co z daleka wygląda jak kępka jemioły, sterta liści, kupka gałęzi czy właśnie gniazdo. Szczerze mówiąc nie wiedział co dokładnie liczyli.
Na zachodzie niebo było czerwone, jeszcze tylko szyby kopalń i wieże kościelne wrzynały się w złotą poświatę. Tu zaczynał się Śląsk w całej swojej okazałości. Horyzont pocięty wieżami. Pociąg mijał właśnie stację Szczakowa, a wcześniej brunatno-krwistą dzielnicę charakterystycznych, znanych z opowiadań domów wielorodzinnych – familoków oraz falujących na wietrze prześcieradeł i smutnych twarzy dzieci, bezładnie rzucających w kierunku składu kamieniami. Pieczyska. Niechlubny przedsionek Śląska. Pociąg sunął bardzo szybko, framugi były lodowate, a jemu dzieci - mordercy, zabijały czas. Skutecznie. Matka urwisów nie reagowała, gdyż spała, nieśmiało oparta o wyściełaną pluszem poduszkę, wciśniętą pomiędzy burzę jej włosów a burzę tiulowej zasłony salonki. A może to nie matka. Guwernantka może. Pomyślał. W jej prawej dłoni zwisała kieszonkowe wydanie Wirginii Wolf. Zapewne guwernantka i to z kilkuletnią praktyką.
Prawą ręką odnalazł podręczny neseserek skórzany i wyjął z niego zgiętego w pół Kuriera Krakowskiego. Dzieci nie zmęczone hałaśliwą zabawą wyraźnie go irytowały, co postanowił choć w połowie usidlić poprzez lekturę gazety. Dostał Kuriera tuż przed odjazdem z dworca w Krakowie. Przez okno wrzucił mu go młody mikrus. Chętnie by oddał natrętowi tą niezbyt lubianą przez siebie makulaturę, jednak tytuł przykuł prędko jego uwagę. Tutaj również zaczęli o tym pisać. Gdy ponadto ujrzał swoje nazwisko w abstrakcie głównego artykułu, wysupłał jakby samoczynnie z surduta pół złotego i rzucił gazeciarzowi. – Dziękuję panie komisarzu i życzę powodzenia – z szerokim uśmiechem odpowiedział sprzedawca, uchylając kaszkietu i patrząc się mu głęboko w oczy. Komisarz urwał na chwilę wzrok z czołówki gazety, spojrzał zaskoczony na chłopaka i zdążył tylko odruchowo podnieść dłoń po czym pociąg ruszył, sapiąc złowieszczo. Kierunek, Katowice.

Teraz jeszcze raz wysupłał gazetę, aby spojrzeć na artykuł, który naturalnie od deski do deski i to trzykrotnie przeczytał pomiędzy Krakowem a Krzeszowicami. Teraz będzie raz czwarty. Z konieczności. Gwar i hałas bawiących się wciąż dzieci jakby zaczął się rozpływać w ciszę…
Od dni dokładnie stu komisarz Greber był na ustach całego Krakowa, aż niewygodnie świerzbił go już język, gdy w godzinach delikatnego zmroku mijał kawiarnie przy Floriańskiej czy Małym Rynku. Ludzie spoglądali na niego jak na najlepszego iluzjonistę, mimo, że nic nie musiał czynić. Syczeli tylko cicho Greber i Greber. Kilka groszy dla żydowskiego grajka, wrzucone tradycyjnie do puszki po tureckiej herbacie. Tak płynął powoli nad brukiem i kocimi łbami pomiędzy wzrokiem zamurowanej bohemy i nieśmiało wychylających się zza gazet wąsatych jegomości.
- To człowiek, który przeszedł drogę z nieba do piekła – mówiono. Grał złoczyńców i szatanów, teraz krąży po zakamarkach duszy miasta i niejednej duszy ludzkiej aby podobnych unicestwić. Komisarz Jakub Greber, nowa gwiazda na firmamencie miasta Krakowa. Nietypowa. Bo mundurowa
W roku pańskim 1929 w Krakowie szatan osiadł jako jeden z setek innych turystów. Gdy deszcz padał rzęsisty i zazwyczaj przy świetle księżyca zapach szatana czuć było pomiędzy podwórkami, wiatami i kamienicami, gdyż pora to była idealna by znaleźć zbezczeszczone ciało jakiejś letniczki, która zaginęła kilka lub kilkanaście dni wcześniej w Prądniku, Ojcowie, Swoszowicach, Zawoi, Rabce czy nawet dzikim Zakopanem. Mówiło się, że nieznany szatan wyrywał kobiety ze zdrowego snu i siłą morderczą przywracał do macierzy. Przylatywał nocą ze swoimi ofiarami i zostawiał każdą powieszoną na latarni, płocie, siedzącą martwo na parkowej ławce. W istocie sprawa okazała się niewytłumaczalna z perspektywy ludzkiego umysłu, gdy doszło do piątego mordu. Panna Jadwiga Arctowska zaginęła dnia siódmego lipca w letniskowej wiosce Zawoja, ostatni raz widziana w drodze na szczyt Babiej Góry. Tymczasem już po dwóch dniach, dziewiątego, o świcie jeden z fiakrów, karmiący swego konia odnalazł jej bezwładne ciało na ławce na Błoniach. Szatan, tylko szatan!
Greber stał na peronie i czekał cierpliwie aż bagażowy przytarga jego dwie skórzane torby. Krótki moment oczekiwania wykorzystał na zsynchronizowanie swojego zegarka z zegarem dworcowym, pięknym, okutym złotem i chromem dziełem zapewne najwyśmienitszych wiedeńskich złotników. Około 10 sekund spieszy. Jestem w Katowicach, należy myśleć i żyć jak w Katowicach. Po czym przewrócił głowę w prawo, założył dłoń na dłoń tuż nad lędźwiami i dostrzegając dymy oraz kominy Szopienic i Bogucic zrezygnował z twierdzenia, iż należy również po katowicku oddychać
- Pańskie bagaże, komisarzu. – Młody, może dwudziestoletni chłystek zaintonował sugestywnie wykonanie zadania. Greber zlustrował szybko chłopaka, patrząc mu w oczy i na ręce. Już wiedział, że młokos był człowiekiem uczciwym i jego bagażom nic się nie stało. Po czym zaproponował: - Pięćdziesiąt groszy mój drogi, na dowolne uciechy, jeśli opowiesz mi gdzie kupić i sprzedać można towary szmuglowane koleją żelazną i w niej kradzione.
Bez krempacji, w jego stylu… Bagażowy aż odskoczył
- Ja, nie. Szanowny panie, ja nie mam nic z tym wspólnego. Nie mnie w głowie takie szubrawstwa. – Wydukał zaskoczony.
– Wiem, mikrusie. – Uspokoił go policjant, odrywając jednak od niego wzrok na chwilę i patrząc z dziwnym zainteresowaniem w dal. - Powiedz mi tylko, gdzie czynić to mogą ci, którzy uczciwością tobie do pięt nie dorastają. Zamknąć ich nie mam zamiaru, z ważniejszymi sprawami tu bawię. Powiedzmy, że chciałbym coś kupić.
– Pan władza!
– Ja, we własnej osobie.
– Proszę zatem spróbować u Endsmannów.
– Kogo?
– U braci Endsmanów, szanowny panie. Żydowska mafia, oficjalnie kupcy i kurierzy. Piorą cinkciarze tyle brudów, że gdyby pod Wawelem się wystawili to Wisła pana Komisarza czernią by zaszła. – Moja Wisła? A twoja mnie – zagadnął policjant, przecierając nieznaczne smużki potu na skroni. Gdzież oni są?
Rozmowa zaczynała jednak dobiegać nagle końca, gdyż Greber w oddali ujrzał sylwetkę, którą ujrzeć powinien. O umówionym czasie, względnie zgodnie z przyjazdem składu, komisarza przejąć miało dwóch niezwykle ważnych ludzi. Cóż, na tyle ważnych na ile odpowiadała powaga chwili. Podniósł rękę, jeden drugi. Należy ruszyć.
– Gdzie znajdę braci?
– Nie wiem panie władzo, może na targowisku miejskim w niedzielę spróbujcie, ale jak matkę kocham mówię o nich ze śliny innych nie swojej. Moja mi nic na język nie przyniesie bo nie znam.
– Dziękuję – zbył chłopca, rzucając pół złotego, jak zapewnił w niepisanej umowie - To pilna sprawa, nie martw się, Ciebie mój drogi nie znam i bagaże sam pod rękę wziąłem – zapewnił zdezorientowanego bagażowego i udał się w objęcia nadchodzących mężczyzn. Para powoli buch koła zaraz miały pójść w ruch. Muzyka dworca. Syk, łomot i stukot. Industrialne miasto. Miasto które bezczelnie bucha Bogu w twarz. A komisarz Tomasz Greber właśnie przez dwoma minutami rozpoczął śledztwo.
Przeciwnie do kierunku pociągu, pośród tumultu ludzi z torbami, parasolami, rozwianymi płaszczami, pomiędzy sprzedawcami papierosów i gazeciarzami Greber ujrzał dwóch mężczyzn, z których jeden podniósł w jego kierunku porozumiewawczo rękę a drugi wyciskał zawzięcie z kończącego się papierosa ostatnie tytoniowe dymy. Witamy w Katowicach. Pomyślał. Uniósł głowę ponad morze kapeluszy i cylindrów aby dojrzeć jakiś kopalniany szyb i mityczne dymiące kominy. Niestety słońce niemiłosiernie oślepiało. Gdzie ta duchota? Gdzie ta czerń? Pytał siebie w myślach, dostrzegając zarysy parkowych drzew i eklektycznych kamienic. Kiedy ostatni raz był na Śląsku? Nie pamiętał. Czy w ogóle tutaj był? Czy to ta sama ziemia? Greber poprawił kołnierz i ruszył w kierunku skromnej kompanii powitalnej. Z kroku na krok na jego twarzy zarysowywał się wyraźniejszy uśmiech. Taki scenariusz, takie konwenanse… W końcu dotarł
- Panie komisarzu. Witamy serdecznie – usłyszał donośny głos, zanim jeszcze przystanął. – Ładnie pan wszedł na scenę. Od kilkunastu dni słońca nie było. A dziś widać od proga nam je pan z Krakowa przywiózł. Słowa te wypowiedział niski, kurpulentny mężczyzna w wieku około 40 lat, ubrany w beżową marynarkę, pasiastą, grubą koszulę i wąski krawat, jaki zwykli nosić ostatnio w Krakowie młodzi adwokaci. – Jestem Herman Netzel, a to mój partner Joachim Kopka. Komenda policji w Katowicach. Uniżone sługi szanownego gościa – zażartował. – XXX Gabryel, wysłał właśnie nas na powitanie nie bez powodu. Być może nasze czarne facjaty będą panu komisarzowi towarzyszyły nazbyt często podczas pobytu na Śląsku – zapewniał, mężczyzna głęboko patrząc się w oczy Grebera, potrząsając jedną dłonią jego dłoń a drugą klepiąc poniżej ramienia. A manier uczyli cię pewnie w kopalni. Pomyślał Greber, wyczuwając grę w schematycznym zachowaniu witającego.
- Witam panów również – odbił piłeczkę, a właściwie dłoń, wyrywając ją jednemu a ofiarowując drugiemu mężczyźnie. – Przywożę upał bo i sprawa jest gorąca… Tak gorąca, że można usmażyć w niej niejedną kiełbasę prawda? – Rzucił luźno, szukając potwierdzenia w oczach właścicieli uściskanych dłoni.
- Albo kiełbasę, albo kilku nieudolnych policjantów – podsumował wymianę zdań drugi mężczyzna. Miał ciemne oczy, popękaną skórę twarzy i niedbale ułożone przydługawe włosy. Już wyrzucił papierosa
- Witamy komisarzu. Modlimy się do Boga aby pana świecąca gwiazda wskazała nam drogę do Betlejem. Bo przyznam szczerze jesteśmy na pustyni.
Był mądrzejszy od Netzla. Szczery i autentyczny. Od razu spodobał się Greberowi.
(...)
Fragment z rodziału 2 ( w trakcie):
(...)
Policyjny Daimler w dwie minuty pokonał centralne uliczki Katowic. Gdy zagłębił się w tunelu pod koleją żelazną, jakiś wstawiony pijak wymachiwał w kierunku samochodu rękoma. Minęli ulicę Warszawską i wjechali znów w kwartały niezwykle okazałych, nowoczesnych kamienic. – Londyn, panie władzo. – Zagadnął w końcu kierowca. Greber poderwał głowę, skierowaną dotychczas na szybę, okazując nieznaczne niezrozumienie. – Co, nie rozumie pan? – spojrzał kątem oka na komisarza szofer. – Katowice są jak Londyn. Ten Londyn. No niech pan spojrzy sam za siebie. W Londynie miasto rozdziela potężna Tamiza, kilkanaście mostów przerzuconych nad wodami umożliwia ludziom przeprawę. U nas Tamizą są tory, kolej, stal panie komisarzu. A ludzie jakby w odwrotności jak krety pod tymi torami przepływają w kilku miejscach.
Greber spojrzał za siebie, teren za nimi rozpościerał się niżej i niżej. Kamienice, ich dachy, kościoły, ich dachy, ich wieże. W oddali majaczyła prostopadła wstęga srebra i metalicznego połysku. Sekwana Katowic. Kolej, złożona z kilkudziesięciu żelaznych węży…
- Spostrzegawczy z pana człowiek i bystry. Był pan w Londynie?
– Nie panie, kilka nocy się zarwało przy lampie z Geografią Popularną Wicherkiewicza. Mam prawie wszystkie numery. Gdzie ja to nie byłem panie komisarzu.
Greberowi trudno było nie polubić tego człowieka...
Postanowił go wykorzystać. Już w momencie gdy opowiadając o mieście nie wstydził się patrzeć mu w oczy...
- Gdzie jedziemy konkretnie?
- Na przesłuchanie terenowe, że tak się wyrażam. Hajduki Wielkie mój drogi, chce zobaczyć miejsce gdzie diabeł stal topi

(...)
Copyright (c) 2009 | Powered by Wordpress. Fresh News Theme by WooThemes - Premium Wordpress Themes.